Głośnik sygnowany McLarenem wniesie powiew świeżości do salonu. Nazywa się Zeppelin. Autor: Konrad Grobel Opublikowano: 2023 paź 12 09:24:00 Zaktualizowano: 12 paź 2023 09:32. Bowers & Wilkins Zeppelin McLaren Edition / materiały prasowe. (9) zobacz galerię. Bowers & Wilkins wprowadzają na rynek głośnik sygnowany brytyjską marką

Do sieci trafił nowy teledysk Natalii Niemen, który powstał do piosenki “Pojutrze szary pył”. Utwór zapowiada nową płytę artystki pt. “Niemen mniej znany”, która w sprzedaży ukaże 24 lutego. Krążek zawiera wybrane przez Natalię piosenki z dwóch ostatnich płyt studyjnych Niemena, “Terra Deflorata” oraz “spodchmurykapelusza”. REKLAMA O powstawaniu teledysku do “Pojutrze szary pył” Natalia Niemen mówi tak: “Mając w głowie kilka pomysłów na zobrazowanie pięknego i życiowego wiersza mojego taty “Pojutrze szary pył”, spotkałam się z Bartkiem Piotrowskim, świetnym operatorem, reżyserem, malarzem i muzykiem w jednym. Do moich pomysłów Bartek dokładał swoje, na której to bazie stworzył później scenariusz do tej przejmującej historii. Historii syna marnotrawnego, który (inaczej niż w wierszu mojego taty, gdzie autor konstatuje, że synowie choćby nie wiem co, nie zawracają ze swoich złych dróg i potem, jako dojrzali mężczyźni muszą borykać się z poczuciem winy) zmienia się na lepsze. Materiały promocyjne partnera Jest to syn, który wraca do ojca i co chyba najważniejsze, zostaje przyjęty z kompletnie bezwarunkową miłością. Pragnę, aby moja muzyka dawała nadzieję” – dodaje artystka. Artystka pragnie przybliżyć szerszej publiczności twórczość swojego taty, tę mniej znaną, mniej rozpowszechnioną. Natalia wybrała utwory z dwóch ostatnich płyt Czesława Niemena; „Terra Deflorata” oraz „spodchmurykapelusza”. Na płycie znalazły się wybitne kompozycje Czesława Niemena Terra Deflorata, Pojutrze szary pył, spodchmurykapelusza, czy Począwszy od Kaina wykonany w duecie z wybitnym artystą Krzysztofem Zalewskim. Wydawnictwo Natalii to również prawdopodobnie pierwsza próba przełożenia tych wybitnych kompozycji i aranżacji na język zespołu instrumentalistów. Od lat 80. Czesław Niemen był bowiem samowystarczalnym multiinstrumentalistą, a do tworzenia i wykonywania swojej muzyki zatrudnił, jak sam ją nazwał – robotestrę, czyli zaawansowaną, cyfrowo-analogową „machinerię” instrumentów. – Stanowiło to pewną trudność. Wszak dojrzałą twórczość Czesława Niemena cechuje wielozłożoność faktury kompozycji i aranżacji, ale też zastosowanie nietypowego instrumentarium. Tzw. robotestra, jak ojciec nazywał swoją muzyczną machinę, czyli zestaw instrumentów elektronicznych, robiła za zespół daleko wykraczający poza tradycyjny skład rozrywkowy. Owe kompozycje różnią się od siebie strukturą. Niektóre były dość proste do odczytania i zinterpretowania. Praca nad innymi zajęła nam dużo więcej czasu. Dlatego śmiało mogę podsumować, iż największą trudność stanowiły dla nas kwestie wyłuskania kluczowych linii melodycznych i kontrapunktów oraz przełożenie ich na “żywe” brzmienia, a także zwyczajne “wbicie” sobie do palców i głów nieoczywistości i zmienności form kompozycji trudniejszych – mówi Natalia Niemen. W nagraniach udział wzięli.: Tomasz Kałwak (instrumenty klawiszowe), Piotr Baron (Sax, klarnet basowy), Adam Szewczyk (gitary), Sławek „Kosa” Kosiński (gitary), Irek Głyk (bębny), Wojtek Gąsior (bas), Paweł „Bzim” Zarecki (fortepian), gościnnie Krzysztof Zalewski (głos). Do zmiksowania płyty Natalia zaprosiła znakomitego realizatora dźwięku, zdobywcę nagrody Grammy za realizację dźwięku – Voytka Kochanka. Za produkcję muzyczną odpowiadają wybitny autor muzyki teatralnej, multiinstrumentalista, kompozytor i aranżer Piotr Dziubek oraz Natalia Niemen. ZOBACZ TELEDYSK NATALIA NIEMEN – POJUTRZE SZARY PYŁ
Nazywał się, dla pięknego brzmienia, poskromieniem i ukróceniem dumy i zbyt przemożnego znaczenia, był zaś łagodnym omówieniem zawiści, która na przykrej dla siebie osobie nie wywierała złości przez coś nieuleczalnego dla tej
Na przełomie lat 20. i 30. Harry Cort był wschodzącą gwiazdą polskiego filmu, lecz zaprzepaścił karierę skandalami obyczajowymi. Postanowił wówczas wykorzystać zdolności aktorskie, aby wmówić całemu światu, że jest polskim księciem. Kim był Harry Cort, czyli Stanisław Józef Bielski? Naprawdę nazywał się Stanisław Józef Bielski i pochodził z rodziny Bielskich herbu Jelita. Rodzinie przyszłego aktora nie wystarczył jednak tytuł szlachecki – kupiła sobie w Heroldii Hiszpańskiej fałszywy tytuł książęcy i podawała się za potomków księcia Iwana Bielskiego, bratanka polskiego króla Władysława II Jagiełły. Jak na „księcia” przystało, Stanisław spędził młodzieńcze lata, podróżując po Europie, a przez pewien czas studiował nawet w Paryżu. Niedługo po powrocie do Polski przyjął amerykański pseudonim „Harry Cort” i zaczął występować w polskich filmach – zagrał w „ Przygodzie jednej nocy”, „Karuzeli życia” i „Halce”. Chociaż krytycy filmowi mieli różne zdania co do jego aktorskich zdolności, byli zgodni co do jednego – był jedną z najpiękniejszych twarzy, jakie pojawiły się w polskim kinie. Na planie „ Przygody jednej nocy” Cort poznał poetę Jarosława Iwaszkiewicza, który zakochał się w nim od pierwszego wejrzenia i poświęcił mu dwa wiersze – „Pożar atelier” i „Do Chociaż Iwaszkiewicz porównywał swoje uczucia do młodego aktora do ogromnego pożaru, nie był w stanie znieść narcyzmu „pięknego Stasia” i po niecałym roku się w nim „odkochał”. W 1930 r. na łamach prasy pojawiła się informacja o skandalu obyczajowym z udziałem „aktora B.”, który uwiódł żonę dyrektora banku i ukradł jej biżuterię. Początkowo spekulowano, że chodzi o Eugeniusza Bodo, ale szybko doprecyzowano, że to właśnie Bielski-Cort jest bohaterem afery. Po tym wydarzeniu Harry Cort przestał otrzymywać propozycje filmowe, chociaż wcześniej zapowiadał między innymi, że ma zagrać tytułową rolę w „Portrecie Doriana Graya”, ekranizacji słynnej powieści Oscara Wilde’a. Czytaj także: Eugeniusz Bodo żył jak król, zginął tragicznie. Jego losy były długo nieznane Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe Harry Cort: oszustwa, romanse i kariera Na początku 1933 r. Harry Cort postanowił wrócić do aktorstwa, tym razem teatralnego. Wszystko za sprawą nowego wpływowego kochanka – głównego reżysera Teatru Witolda Zdzitowieckiego, który obsadził go w sztuce „Kobieta, która wie czego chce” z polską gwiazdą włoskiego kina Heleną Makowską w głównej roli. Szumnie reklamowane występy teatralne Corta przerwał jednak wypadek samochodowy, w którym odniósł obrażenia, podobno dość poważne. „Jakieś porażenie kręgosłupa, zerwanie mięśni, bóle nieopisane, szok nerwowy, wstrząśnienie mózgu… Trzy tygodnie cierpień, niepokój (przyznam się szczerze) o to, czy blizny nie „zdyskwalifikują” mojej fotogeniczności…” – opowiadał dziennikarzom, którym chętnie pozował do zdjęć na szpitalnym łóżku. Później okazało się, że wyolbrzymiał swoje cierpienia, aby wyłudzić wyższe odszkodowanie… Po wypadku Cort nie wrócił już do Teatru i zniknął z prasy na dwa lata, aby spektakularnie powrócić na jej łamy w grudniu 1935 r. Został wówczas zatrzymany przez paryską policję jako podejrzany o handel narkotykami – znaleziono przy nim niewielkie ilości heroiny i kokainy. Były aktor przedstawił się wówczas francuskim mundurowym jako dyplomata i… pretendent do polskiego tronu. Ostatecznie obrał jednak inną formę obrony – poszedł na współpracę z policją i w ten sposób skończyło się jedynie na grzywnie w wysokości 300 franków. Wieść o nowym skandalu z udziałem fałszywego księcia dotarła do Polski, a dziennik „Dzień Dobry” postanowił skorzystać z okazji i „wyoutować” Harry’ego. „Pod pozorem rozwijania i budzenia w nim talentu – reżyser filmowy p. Z. spędza z Harrym Cortem weekendy w zacisznym pensjonacie pod Warszawą na linii otwockiej” – pisano o nim, nawiązując do jego homoseksualnej relacji z Witoldem Zdzitowieckim. Autor artykułu ubolewał przy tym, że przez osobiste względy reżysera przez kilka lat karierę w polskim kinie i teatrze robił „młodzieniec o typie i upodobaniach gigolaka”. Czytaj także: Napoleon i Maria Walewska: wszyscy pchali ją do łóżka cesarza. Wdała się w romans dla dobra Polski Fot. Materiały prasowe Harry Cort: zagraniczna kariera i „książęce pochodzenie” W Polsce Bielski był już skończony, więc postanowił skupić się na budowaniu swojej pozycji za granicą. Udało mu się nawiązać kontakty z przedstawicielami europejskich dworów królewskich, którzy uwierzyli w jego książęce pochodzenie. Tuż przed wybuchem II wojny światowej ożenił się zaś w Londynie z bajecznie bogatą rozwódką Jeannine Marie de la Conception Renée de Guiroye, markizą de Selve. W czasie wojny Stanisław Bielski trafił z żoną do Stanów Zjednoczonych, gdzie mógł do woli opowiadać amerykańskim dziennikarzom zmyślone sensacyjne opowieści ze swojego życia. Zorganizował nawet polską wigilię dla swoich amerykańskich przyjaciół, w czasie której udawał, że wygłasza orędzie radiowe do narodu polskiego. Amerykańska prasa wierzyła jednak w każde jego słowo i uważała go za polskiego patriotę, nawołującego do pomocy okupowanej ojczyźnie. „Książę” Bielski opowiadał między innymi o tym, jak jego ojciec został zabity przez Adolfa Hitlera, ponieważ nie chciał zostać premierem organizowanego przez niego marionetkowego rządu. W rzeczywistości ojciec Bielskiego zmarł pod koniec lat 60. i wydziedziczył syna, będącego czarną owcą szanowanej rodziny. Po wojnie Stanisław Bielski postanowił zostać w Ameryce na stałe. W 1946 r. zagrał co prawda epizod w hollywoodzkim filmie „Ostrze brzytwy”, lecz nie miał za granicą łatwego życia. Jeszcze w 1942 r. żona milionerka porzuciła go dla ambasadora Kuby, pozbawiwszy uprzednio niemal całego majątku. Przez kolejnych trzydzieści lat Bielski procesował się z żoną, starając się udowodnić, że ich rozwód nie jest prawomocny, a przewlekły i długi proces uczynił z „księcia” żebraka. Dramatyczna sytuacja finansowa sprowadziła zresztą Bielskiego na kryminalną drogę. W sierpniu 1951 r. „Long Beach Independent” donosił, że aresztowano go na 180 dni za drobne kradzieże i dodawał, że „miał już na koncie pięć wcześniejszych wyroków skazujących od włóczęgostwa po nieobyczajne zachowanie”. „Książę” Stanisław Józef Bielski zmarł 30 stycznia 1979 r. w Phoenix w Arizonie w wieku 71 lat w samotności i zapomnieniu. Czytaj także: Sienkiewicz był po uszy zakochany w Modrzejewskiej. Czy mieli syna? Od plotek aż huczało Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Chodzi o pewien film.Jak się nazywał? 2009-12-31 01:20:17 Pamięta ktoś jak się nazywał ten film ? 2011-12-26 17:14:41 Jak sie nazywał pewien serial.. ?
Dzielił scenę nie tylko z najlepszymi rodzimymi gitarzystami, ale także z tuzami światowej gitary, a sceny były to nie lada. Zapraszamy na wywiad z Piotrem Lekkim, gitarową podporą zespołu 1One i duetu PiS (nie mylić z pewną organizacją polityczną). Nie da się nie zacząć od pytania, skąd się wzięła u ciebie gitarowa pasja? Rodzina, czy przyjaciele? A może MTV? Początek, to szkoła podstawowa i koledzy, których starsi bracia na swoich szpulowcach mieli nagrane zespoły, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Usłyszałem kilka rzeczy, które były dla mnie bardzo intrygujące, Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath i zaraz później całą New Wave of British Heavy Metal. Najbardziej wyjątkowe okazało się dla mnie jednak "Metal Heart" grupy Accept, z solem gitarowym Wolfa Hoffmanna, opartym na temacie "Dla Elizy" Ludwika van Beethovena. Przepadłem! Wtedy pojawiła się myśl, że może i ja bym spróbował. Pierwsze próby przeprowadzałem grając na rakiecie do tenisa, ponieważ w tamtym czasie byłem zapalonym tenisistą z perspektywami i każdą wolną godzinę spędzałem na korcie, który znajdował się po drugiej stronie ulicy. Z dnia na dzień rzuciłem tenisa dla gitary i to jej zacząłem poświęcać swój cały wolny czas. Miałem wtedy o kilka lat starszego ode mnie sąsiada (pozdrawiam Grześ), który otworzył przede mną ten cały bogaty świat. Dzięki niemu poznałem całą twórczość Accept, Saxon, Def Leppard, a później usłyszałem "Master of Puppets" Metalliki. Potem do tego doszła fascynacja bluesem. Mój pierwszy koncert, to był Dżem w małej remizie, nieopodal Bochni. To było magiczne, prawdziwe i wyjątkowe doznanie. Nie marzyłem wtedy nawet, że po latach będzie mi dane grać z Jurkiem Styczyńskim na jednej scenie. Twój pierwszy instrument to... Pożyczona radziecka gitara klasyczna z nylonowymi strunami. Łatwo nie było, ale można było z niej wydobyć dźwięki, więc był jakiś start. Później tata przywiózł mi podobną ze Związku Radzieckiego i miałem w końcu swoją pierwszą, wymarzoną. Następny był już elektryczny, trochę tuningowany Defil Aster (miałem ich kilka w tamtym czasie), aż po rodzinnych wczasach w NRD dorobiłem się akustycznej Musimy. Krok po kroku byłem coraz dalej, i w technice gry, i w jakości sprzętu. Przeszły mi przez ręce Kosmosy, Jolany i inne wynalazki, aż po ciężkiej walce - bo były to na tamte czasy wielkie koszty - stałem się właścicielem japońskiego Squiera. To była piękna gitara! Cały czas jest w rękach mojego kolegi w Bochni, ale łobuz nie chce mi jej odsprzedać (śmiech). Potem stałem się posiadaczem Washburna, którego odkupiłem od Łukasza Targosza, gitarzysty dzisiaj znanego przede wszystkim z muzyki którą pisze do TVNowskich seriali. To była nowoczesna gitara, z Floyd Ros-em, co dawało mi nowe możliwości. Mam ją do dzisiaj i chyba zostanie już ze mną na zawsze. Grałem na niej przez kilka lat w grupie Obcy, aż do momentu, kiedy trochę zmieniły mi się priorytety i na kilka lat gitara zeszła na drugi plan, żeby potem wrócić ze zdwojoną siłą. Wedy też zaczęło się gromadzenie instrumentów, które trwa do tej pory. Niemały wpływ na to ma moja żona, Ela. Jak dalej potoczyły się losy twojego grania? Po różnych epizodach które przeszedłem z lokalnymi bluesowymi czy metalowymi zespołami, na początku lat 90. Mirek Szpilka - gitarzysta, który wcześniej współtworzył z Markiem Piekarczykiem zespół Balls Power, niedługo po rozwiązaniu owego, postanowił stworzyć nowy skład i zrobił to ze mną. Nazwaliśmy go Obcy. Za bębnami usiadł Wojtek Feć, z którym gramy teraz w grupie Evening Standard, na basie grał z nami Piotrek Żaczek, który już wtedy był gigantem i bardzo wiele się od niego nauczyłem, a po dłuższym poszukiwaniu wokalisty dokooptował do nas Janusz Radek, który w tamtym czasie doskonale odnajdywał się w rockowej konwencji. Zagraliśmy przez kilka lat wiele koncertów w kraju i za granicą. O włos nie podpisaliśmy wtedy kontraktu z Izabelinem i gdyby doszło to do skutku, Obcy pewnie istniał by do dzisiaj. W tamtym czasie już wiedziałem, że to kocham i moje życie nie może wyglądać inaczej. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Przed Obcym miałem band który nazywał się MofM (rozwinięcie skrótu nie przeszło przez gardło redaktorowi RMF który reklamował nasz koncert na antenie radia… Muzyka którą graliśmy wywodziła się z thrash metalu, a w repertuarze mieliśmy wiele utworów Metalliki. Wokalistą był wtedy mój dobry kumpel Sierściu (Robert Mastalerz, obecnie wokalista grupy 4szmery), z którym, jak się później okazało moje drogi miały się jeszcze zejść w akustycznym projekcie o równie kontrowersyjnej nazwie PiS. Masz też w swojej biografii ważny element produkcyjny, włącznie z nominacją do Fryderyka. Tak, to była fajna przygoda, która zakończyła się nominacją do Fryderyka. Poprzez naszego wspólnego znajomego zaprzyjaźniłem się z Jackiem Tokarczykiem z Agressivy 69. Z Jackiem zawsze mieliśmy nić porozumienia więc pewnego dnia, jak okazało się, że zespół ma nagrać płytę z piosenkami Republiki dla Metal Mind Production, zapadła decyzja, że zrobią to ze mną. Chłopaki mieli koncepcję, żeby płyta ta była mniej industrialna, a bardziej rockowa, więc koniec końców byłem dobrym kandydatem żeby nad tym popracować. To była dobra zabawa. Doświadczony zespół, który wie, o co mu chodzi, ale ma otwarte głowy na nieco inne podejście niż dotychczas. Miałem swoje problemy podczas pracy nad tą płytą, bo dopadło mnie uciążliwe zapalenie trąbek słuchowych, ale bardzo mile wspominam tę współpracę. Z ciekawszych rzeczy, nad którymi pracowałem w studio była sesja z deathmetalowym Stillborn. Zrobiłem z nimi dwie płyty, ale druga z nich zatytułowana "Los Asesinos del Sur" odbiła się dużym echem na świecie i nawet w naszym rodzimym Metal Hammerze otrzymałem pod swoim adresem kilka komplementów. Napisano tam: "Słowa uznania należą się panu Piotrowi Lekkiemu, który zrealizował i zmiksował album, za odwagę i podjęcie ryzyka nagrania albumu pozbawionego przesadnej cyfrowej obróbki i taniego komputerowego badziewia. Szorstkie i treściwe brzmienie nadało całości charakteru i sprawiło, że kontakt z nią potrafi zadawać piekące rany." Kolejną fajną przygodą była współpraca z Pawłem Mąciwodą- Jastrzębskim, obecnym basistą grupy Scorpions. Nagrałem dla niego materiał, który grał ze swoją grupą Stirwater podczas koncertu w jednym z krakowskich klubów. Potem zrobiłem dla niego wstępny miks i spodobała mu się moja praca. Nagrałem dla niego kilka partii gitarowych i zaproponował mi, żebym zagrał w jego zespole. Zagraliśmy razem kilka koncertów i powstał bardzo fajny materiał, ale niestety drogi Pawła i wokalisty Efrema Wildera rozeszły się, a materiał nigdy nie został opublikowany. Paweł to bardzo otwarty i fajny człowiek i bardzo mile wspominam nasz wspólny moich studyjnych przygodach mógłbym mówić godzinami, ale na koniec wspomnę o płycie którą zrobiłem dla basisty Bartka Szweda pod tytułem "Progresive Life". To materiał na którym pojawiło się wielu gości, wspomniany Paweł Mąciwoda, amerykański wokalista Efrem Wilder, Andrzej Nowak z TSA, Jacek Dewódzki i wielu innych doskonałych muzyków, i różnorodność tych osobowości nadała tej pracy wyjątkowości. Żałuję, że płyta nie została odpowiednio zauważona, bo warta jest tego z pewnością. Przejdźmy więc do twoich brzmień. Poza Wolfem Hoffmannem były też zapewne inne inspiracje. Co szczególnego słyszysz w brzmieniu swoich dawnych idoli? Moim przekleństwem w pewnym sensie jest to, że lubię bardzo skrajne gatunki muzyki, lubię wszystko. Odkąd pierwszy raz zobaczyłem u Ozziego Osbourne’a młodego gitarzystę Zakka Wylde, zafascynowałem się jego osobą. Po tym jak nagrał album Pride & Glory wiedziałem, że ta miłość nie zardzewieje. Kocham Zakka do dzisiaj i nawet było mi dane na jednej z tras Black Label Society otwierać wraz z grupą 1One jego polskie koncerty. Posiadam w swojej dosyć bogatej kolekcji efektów gitarowych, kilka efektów sygnowanych nazwiskiem Zakka, ale moim ulubionym urządzeniem jest Rotovibe Dunlopa, z którego on korzysta. Innym z moich idoli jest Pat Metheny. Muzykę Pata poznałem na początku szkoły średniej i mam na półce chyba wszystkie jego płyty, a to bardzo bogaty dorobek. Jego niegitarowe podejście do gitary jest fascynujące. Okrągłe brzmienie, bez wyrazistego ataku jest tak rozpoznawalne, że po pierwszym dźwięku jestem w stanie rozpoznać kiedy gra Pat. Geniusz naszych czasów, który na koncertach jeszcze dosadniej udowadnia swoją wielkość. Od niedawna Pat jest użytkownikiem Kempera, co było dla mnie oczywistą rekomendacją tego urządzenia. Pat może grać na wszystkim cokolwiek istnieje na świecie, a wybrał Kempera. Słyszałem jak brzmiał na nim na żywo i dlatego też sam zdecydowałem się na zakup tego lubię talent Richie Kotzena. Doskonały gitarzysta, wokalista i klawiszowiec ale przede wszystkim czujny muzyk i kompozytor. Widziałem go kilkakrotnie na żywo i to co robi na koncertach potwierdza jego wielki talent. U niego imponuje mi jego minimalistyczne podejście do strony technologicznej. Ostatnio widziałem go jak grał na klasycznym wzmacniaczu Marshalla lub Fendera (zamiennie na różnych koncertach), na jednej gitarze Fender, a od kilku lat zrezygnował z grania piórkiem i wszystkie dźwięki wydobywa palcami prawej ręki. Pod jego wpływem dosyć dużo czasu ostatnio poświęcam na ćwiczeniu rozległych układów legato, niestety jest to dla mnie dosyć trudne przy moich "dziecięcych" krótkich palcach lewej ręki. Jak podchodzisz do brzmienia swoich instrumentów, bardziej, jak producent, czy jak gitarzysta? Trudno mi do końca odpowiedzieć na to pytanie. Chyba jednak przede wszystkim jestem gitarzystą i przez ten pryzmat patrzę na nagrywanie tego instrumentu, co czasem wcale nie jest dobre. Wiem, co lubię i staram się szukać takiego charakteru brzmienia, które mnie zadowoli jako gitarzystę, a nie zawsze to jest dobre dla całokształtu brzmienia utworu, dlatego często posiłkuję się pomocnymi uszami moich kolegów, z którymi współpracuję w studiu, co pozwala mi odzyskać grunt pod nogami w sytuacjach, kiedy mam wątpliwości. Łatwiej mi jest w tej kwestii, kiedy nagrywam kogoś, a nie siebie. Jednym z przywilejów naszych czasów jest to, że mogę sam siebie nagrywać, ale jest to również przekleństwo bycia na raz muzykiem i realizatorem. Staram się tego unikać. Cudem techniki jest wspomniany powyżej Kemper, który otwiera przed nami nieosiągalne do tej pory możliwości brzmieniowe i produkcyjne. Możliwość nagrywania osobno efektów, wyboru symulacji paczek gitarowych i wzmacniaczy po doskonałe możliwości reampingu, aż się chce nagrywać gitary. Argumentem przetargowym w decyzji zakupu Kempera była recenzja Piotrka Łukaszewskiego, który polecał mi bardzo to urządzenie. Kemper doskonale sprawdza mi się również na żywo i to w każdym ze składów, nawet podczas koncertów akustycznych. To pomówmy teraz nieco o twoim arsenale, jakich wioseł używasz i do jakich sytuacji? Sporo grasz akustycznych koncertów, więc pewnie tej kwestii też poświęcisz nieco czasu. Jestem w dużej mierze olschoolowcem i dlatego lubię stare konstrukcje. Jestem wielkim fanem Gibsona Flying V. Mam dwie sztuki, czarną i białą i to jest spuścizna mojej miłości do Wolfa Hoffmanna. To trudne, szorstkie i niewymuskane gitary i chyba dlatego też je bardzo lubię, za ten charakter i za to właśnie, że nie są łatwe. Korzystam z nich podczas koncertów z 1One, bo dobrze sprawdzają się w hard rockowo-metalowym brzmieniu. Gdy gram w blues- -rockowym zespole Evening Standard bazuję przede wszystkim na customowym, japońskim Fenderze Telecasterze, sygnaturze Richie Kotzena. Piękna i wspaniale brzmiąca gitara. Gdy gram akustyczne koncerty, to już popuszczam wodze fantazji co do wyboru instrumentu. Moja główna gitara to Martin dreadnought DC-16, ciemna w brzmieniu, bardzo charakterna i moja ulubiona. Grywam też na gitarze Ovation z lat 70., która relatywnie niedawno wpadła mi w ręce poprzez zaprzyjaźnionego lutnika i świetnego gitarzystę jazzowego Roberta Cichonia. Ta znajomość jest niebezpieczna, bo, obawiam się, że jeszcze wiele gitar od Roberta trafi do mnie. Często grywam także na 12 strunowym Furchu, Godinie ACS z nylonowymi strunami czy Martinie backpackerze. Konwencja duetu akustycznego, czyli wspomnianego powyżej PiS daje mi w wyborze gitary akustycznej wielkie możliwości, co bardzo lubię. Bardzo duże wsparcie mam w mojej żonie, Eli. Wiele z gitar które posiadam, zawdzięczam jej "męskim decyzjom" (śmiech). Tam, gdzie ja mam wątpliwości, czy mogę wydać kolejne pieniądze na instrument, ona podejmuje decyzje za mnie i dokonuje transakcji. Ostatnio niebezpiecznie weszła w porozumienie ze wspomnianym lutnikem, Robertem, co już skutkuje kolejnymi zakupami i czekam właśnie na pięknego Gretscha Clippera z lat 70. Koledzy nie wierzą, że żona kupuje mi gitary, a ona oprócz tego jeździ ze mną na koncerty i nawet pomaga mi je organizować. Taki wybryk natury. (śmiech) Wróćmy na chwilę do twojej gitarowej kariery i granych koncertów. Jest co najmniej kilku, a może nawet kilkunastu ważnych gości, z którymi dzieliłeś scenę. Opowiedz o nich. Zdarzyło mi się otwierać koncerty moich ulubieńców, z czego jestem bardzo dumny. Z PiS dane mi było otwierać akustyczny koncert Richie Kotzena, Kipa Wingera czy zagrać kilka utworów z wokalistą bardzo popularnego teraz The Dead Daisies, Johnem Corabim, na jego solowej akustycznej trasie. Z 1One miałem wielką przyjemność supportować Zakka Wylde i jego BLS, jak już wspomniałem wcześniej. Obecnie zagraliśmy już kilkanaście koncertów w całej Polsce z legendarnym TSA, graliśmy na Metal Hammer Festiwal gdzie gwiazdą był Dream Theater, graliśmy też na Impact Festival przed zespołami Gojira i Slipknot. Z Evening Standard zdarza się nam gościć w naszych szeregach Jurka Styczyńskiego z Dżemu czy Sebastiana Riedla z Cree. Największym chyba wydarzeniem w moim muzycznym życiu była możliwość zagrania z gigantem gitary Paulem Gilbertem, który dzięki staraniom menadżera 1One, Sławka Malickiego, zagrał z nami koncert w ramach cyklu Bochnia Rocks. Grałem również z pochodzącym Z Los Angeles perkusistą Jeffem Bowdersem, który gościnnie udzielał się w 1One, a na koncie ma współprace z Gilbertem, Satrianim, Kotzenem ale i Shakirą, a obecnie gra w projekcje G4 z powyższymi tuzami. Od czasów grupy Obcy przyjaźnie się z Jackiem Królikiem, którego bardzo szanuję jako człowieka i muzyka. Wielkim zaszczytem dla mnie było zagrać z nim i z Gigantami Gitary podczas koncertu, który zagrali w moim mieście. To było dla mnie wielkie przeżycie, Jacuś to prawdziwy gigant! Do tego masz za sobą kilka koncertów w Los Angeles, w tym w kultowych miejscach. Jak tam trafiłeś? Tak, dwukrotnie odwiedziłem Stany Zjednoczone z grupą 1One. Pierwszy raz w 2014 roku, w grudniu graliśmy 3 koncerty w trzech zacnych miejscach. To była szybka i bardzo męcząca, ale niezapomniana trasa. Miałem wtedy wielki zaszczyt zagrać w legendarnym klubie Whisky a GoGo, na scenie, na której grali wszyscy moi najwięksi idole. Jakby symboliczne było to, że spotkałem tam gitarzystę The Doors, Robbie Kriegera i mogłem sprawdzić czy jest prawdziwy. Wtedy graliśmy również w Las Vegas i sławnej Ramonie, koło San Diego gdzie dzieliliśmy scenę z Gregiem Howe i Nili Brosh. Równy rok później znowu dane mi było zagrać w Whisky a GoGo i to na dwa dni przed 70 urodzinami Lemmyego. Jak zobaczyłem na Facebooku, że na scenie, na której grałem, stoją Billy Idol, Slash, Duff McKagan, Scott Ian i cała masa innych moich ulubieńców, a ja leżę w hotelu 5 km od tego miejsca, to ciężko mi było zasnąć, ale wczesnym rankiem miałem samolot do Polski. Graliśmy też w małym, ale klimatycznym klubie Skinny’s w północnym Hollywood. Miałem wtedy już kilka wolnych dni na to, żeby pozwiedzać Los Angeles. Udało mi się wziąć udział w koncercie charytatywnym, na którym koledzy zbierali fundusze na ciężko chorego Tony McAlpine’a. Dołożyłem swoją cegiełkę na ten szczytny cel i miałem okazję zobaczyć na scenie teatru Wiltern wielu moich idoli na raz. Zagrali tam John5, Zakk Wylde, Mike Portnoy, Derek Sherinian, Billy Sheehan, Steve Vai, Paul Gilbert, Tom Morello i Nuno Bettencourt, a wieczór prowadził Eddie Trunk. Nie zapomnę tego wydarzenia do końca życia. Dzień przed koncertem spotkałem na ulicy i zamieniłem kilka słów z Mikiem Portnoy’em! Amerykański sen. Powiedz, co planujesz, muzycznie, na najbliższe miesiące? Z 1One kontynuujemy trasę z TSA po Polsce. Jest plan, by w przyszłym roku znowu odwiedzić Stany. Z Evening Standard pracujemy nad swoim autorskim materiałem. Wraz z Robertem, basistą Evening Standard, rozwijamy infrastrukturę studia i otwierają się coraz większe możliwości jeżeli chodzi o nagrania i produkcję. Mamy możliwość nagrywania na tzw. "setkę", czego nie miałem do tej pory, więc kłębi się w głowie coraz więcej pomysłów. Z Sierściem, w ramach PiS, cały czas czynnie koncertujemy i powoli pracujemy nad własnymi piosenkami, więc nie ma czasu się nudzić. Mój kumpel, Marcin Furmański, znany ze współpracy z Gigantami Gitary pracuje nad swoimi piosenkami, w czym staram się mu pomagać, a kroi się fajny materiał. Jeszcze, hobbystycznie, wraz z przyjaciółmi organizujemy koncerty Bochnia Rocks!, ale to temat na osobny, obszerny artykuł. To tylko kilka z rzeczy, które przede mną, a z pewnością czeka mnie jeszcze wiele niespodzianek. Czy masz jakieś przesłanie dla gitarowej młodzieży? Jak realizować swoje muzyczne marzenia? Kochać to, co robicie. Bez tej miłości nic nie wyjdzie. Spotykam sfrustrowanych młodych muzyków, którzy założyli sobie, że zrobią karierę, nagrali materiał, ale coś poszło nie tak, nie są pożądani i zauważani. Teraz są zgorzkniali i pełni wątpliwości co do słuszności tej swojej miłości do muzyki. Sprawę należy potraktować odwrotnie. Kochać to co się robi i robić swoje, ale nie oczekiwać nic w zamian, a w nagrodę muzyka się odpłaci. Ja jestem najlepszym przykładem na słuszność tego podejścia. Bardzo istotne w tym wszystkim jest wsparcie rodziny, bo przeszliśmy razem przez różne czasy. Dzięki Ela, Helena, Marianna i Leszek! SPRZĘTOLOGIA• Gitary: Gibson Flying V 67 black 2007 (Gibson Dirtyfingers/496R), Gibson Flying V 67 ivory 2005 (Seymour Duncan SH4/SH2), Fender Telecaster custom Richie Kotzen (DiMarzio DP384 Chopper T/DP173Twang King), Epiphone Les Paul custom Zakk Wylde Camo (EMG 81/85), Epiphone Les Paul custom Zakk Wylde Bull Eye (Gibson PAF classic 57plus /Seymour Duncan Antiquity), Squier Stratocaster Korea 1993, Washburn MG42, Epi PeeWee V, Godin ACS Koa + syntezator gitarowy Roland GR-55, Martin DC-16 GTE, Ovation 1112-4, Furch 12 strunowa, Martin Backpacker, Fender Dobro, Epiphone Hummingbird.• Wzmacniacze: Kemper Profiler Power Rack, Orange Tiny Terror, Fender VibroLux, AER compact 60, paczki Marshall 1936 i Orange P112.• Efekty: Wylde Wah, Dunlop Rotovibe, Root Vintage Drive, TCElectronic Hall of Fame, Vox Time Machine, MXR Custom Audio Electronics Boost/Overdrive, Ibanez Turbo Tube Screamer TS9DX (z modem), MXR Wylde OD, MXR Black Label Chorus, Xotic Robotalk, Electro Harmonix Hot Tubes, Danelectro Talk Box, Electro Harmonix Small Stone, Boss Flanger BF-2, Marshall Guv'nor, Boss PSM-5, Boss DD-7, Boss Equalizer GE-7, a także Fishman Aura DI, Boss Looper RC-20XL.• Struny: Ernie Ball 10-52 (w Gibsonach Flying V i Epi Camo), D’Addario NYXL 10-46 (w Tele Richie Kotzen), Ernie Ball 10-46 (w Epi Bull Eye), Ernie Ball 11-52 (w gitarach akustycznych).• Inne: kostki Dunlop Ultex kable Monster, E-Bow. Fot: Michał Korta, Robert Wilk i Dave Mason
a) Kruk b) Krak 2) Jakiego miasta dotyczy ta legenda? a) Krakowa b) Warszawy 3) Gdzie mieszkał Smok Wawelski? a) Na zamku na wzgórzu. b) W jaskini u stóp zamku. 4) Co jadł Smok Wawelski? a) Owce i krowy. b) Ludzi. 5) Kto próbował bezskutecznie pokonać Smoka? a) Rycerze b) Księżniczki 6) Jak nazywał się śmiałek, który także
Ostracyzm według Plutarcha Ostracyzm mianowicie nie był karą za niemoralność. Nazywał się, dla pięknego brzmienia, po­skromieniem i ukróceniem dumy i zbyt przemożnego znaczenia, był zaś łagodnym omówieniem zawiści, która na przykrej dla siebie osobie nie wywierała złości przez coś nieuleczalnego dla danej osoby, lecz przez oddalenie jej od siebie na dziesięć lat. [...] Najpierw archonci przeliczali całą ilość skorupek. Następnie odkładano tabliczki z poszczegól­nymi imionami osobno i tego, kto był wymieniony największą ilością głosów ogłaszano jako usunię­tego na dziesięć lat z zachowaniem prawa wolności. Plutarch, Żywoty stawnych mężów. Arystoteles, tłum. M. Brożek Cyt. za: S. Sprawski, C. Chomicki, Starożytność. Teksty źródłowe, komentarze i zagadnienia do historii w szkole średniej, Kraków 1999, s. 106-107 A. Wyjaśnij antyczne znaczenie pojęcia „ostracyzm” i porównaj je ze znaczeniem współczesnym B. Przedstaw dwa zagrożenia, jakie dla demokracji ateńskiej mogła nieść instytucja ostracyzmu. Tłumaczenia w kontekście hasła "miecz nazywał się" z polskiego na angielski od Reverso Context: Ten miecz nazywał się: "Metal Talisman Sword". Surowy, podły ojciec, który wyżywa się na rodzinie, niczym na żydowskich więźniach w obozie. Wojskowy dryl panujący nawet w trakcie zabawy i indoktrynacja realizowana od kołyski. Czy dzieciństwo małych Franków i Goebbelsów rzeczywiście właśnie tak wyglądało? Zobacz film: "Paweł Kukiz: zaniedbania opieki zdrowotnej ciągną się od lat i są ogromne" spis treści 1. Mała księżniczka Göringa 2. Razem do końca 3. Laleczka Himmlera 4. "Dobre" rady Hansa Franka 5. Mali nieznajomi rozwiń 1. Mała księżniczka Göringa Dla członków Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP) posiadanie rodziny stanowiło jeden z najważniejszych obowiązków względem "Tysiącletniej" Rzeszy. Nie inaczej było w przypadku czołowych nazistów. Liczne potomstwo gwarantowało przedłużenie aryjskiej rasy i było dowodem prawdziwego męstwa. Hitler z małą Eddą Göring ( BY-SA Piękna gromadka maluchów, pasująca jak ulał do kronik filmowych i do spędzania czasu z wujciem Adolfem, wydawała się po prostu niezbędna. Dzieci trzeba było oczywiście odpowiednio wychować i nawet najbardziej "zapracowani" poplecznicy Führera znajdowali na to nieco czasu. "Edda Göring, która w chwili aresztowania ojca miała siedem lat, była jego jedynym dzieckiem. Jako rozpieszczana córka marszałka Rzeszy wiodła uprzywilejowane życie, mając do dyspozycji część wielkiego zamku, która służyła jej za plac zabaw" – napisał w swojej książce "Dzieci Hitlera" Gerald Posner i ani trochę nie przesadził. Jeden z głównych twórców III Rzeszy miał rozmach we wszystkim, także w spełnianiu zachcianek swojej jedynej. Dziecko przyszło na świat trzy lata po jego drugim ślubie, w roku 1938. Oczywiście chrzciny musiały mieć właściwą oprawę. Sakramentu udzielił Eddzie biskup Rzeszy Ludwig Müller, a jej ojcem chrzestnym został oczywiście Hitler. Wśród gości znaleźli się najbogatsi przedsiębiorcy i wysoko postawieni naziści, nie dziwi więc, że mała księżniczka otrzymała mnóstwo drogich prezentów. Również dzień urodzin dziewczynki zawsze był okazją do wielkiego świętowania. Dodatkowo Göring, jeśli tylko był w domu, poświęcał córce bardzo dużo czasu i uwagi. Nawet kiedy pochłaniały go obowiązki służbowe, codziennie dzwonił do żony i dziecka. Po latach Edda wyznała, że ma same dobre wspomnienia związane z ojcem. Przez całe życie przechowywała list, który wysłał do niej z więzienia i który jest chyba najlepszym podsumowaniem ich wzajemnej relacji: "Moje najdroższe, słodkie dziecko! Moje złoteńko! To już drugi raz, kiedy przypadają Twoje urodziny, a ja nie mogę być z Tobą. A jednak, moja najdroższa, dziś jestem szczególnie blisko Ciebie i przesyłam Ci najgorętsze, płynące z najszczerszego serca pozdrowienia. Z głębi duszy modlę się do Wszechmogącego Boga, żeby opiekował się Tobą i Ci pomagał. Nie mogę wysłać Ci żadnego prezentu, ale moja bezgraniczna miłość i tęsknota otaczają Ciebie i zawsze będą! Wiesz, wróbelku, jak bardzo Cię uwielbiam. Zawsze jesteś taka słodka i czuła. Zawsze będziesz naszym szczęściem i radością. (…) najczulsze uściski i całusy od Twojego Papy". 2. Razem do końca Słynne jest zdjęcie z Wigilii roku 1937, na którym wykonując gest nazistowskiego pozdrowienia, Joseph Goebbels spogląda z dumą i lekkim uśmiechem na dwie ze swoich córek. Dziewczynki posłusznie odtwarzają ruchy dorosłych, jednak ich spojrzenia są nieobecne – z pewnością są już znudzone długą uroczystością, w której muszą uczestniczyć. Ze swoją żoną Magdą minister propagandy miał aż szóstkę dzieci (kobieta miała także syna z poprzedniego małżeństwa). Wielodzietna rodzina zapewniła mu uznanie ze strony opinii publicznej oraz – co ważniejsze – samego Hitlera. Goebbels z dziećmi podczas Wigilii. Gdy urodziły się dwie pierwsze córki, Joseph był nieco rozczarowany. Oczekiwał męskiego potomka, ale smutek był chwilowy, później zawsze nazywał je swoimi małymi aniołkami. Co ciekawe syn, któremu dano na imię Helmut, wcale nie był ulubieńcem tatusia. O chłopcu pisał surowo, że "w jego wychowaniu musi być miejsce na lanie i trzeba mu wybić z głowy upór". Świadkowie opowiadali jednak, że czołowi nazista III Rzeszy był dobrym ojcem. Co ważne, nie indoktrynował swoich dzieci, wystarczało mu, że robiła to szkoła. Magda Goebbels lubiła, gdy rodzinne życie toczyło się utartym, jasno ustalonym rytmem. Tymczasem Joseph pozwalał sobie na odrobinę spontaniczności. Dzieci w jego otoczeniu były radosne; ojciec pozwalał im na małe odstępstwa od zasad – potrafił wrócić późno do domu i zgromadzić maluchy ubrane już w piżamki na wspólnym oglądaniu filmu. Potem cała rodzina rozmawiała o tym, co obejrzała. Chociaż Magda prowadziła dom rozsądnie i pilnując budżetu (u Goebbelsów co chwila byli goście, których trzeba było nakarmić), uroczej szóstce niczego nie brakowało. Dzieciom kupiono nawet kucyka z małym wozem, by mogły spędzać dużo czasu na dworze. W zabawach często towarzyszył im ojciec, a szczęście familii pokazywano w kronikach filmowych. Goebbelsowie z gromadką dzieci byli wzorcową nazistowską rodziną ( BY 30) Rzeczywistość nie była jednak aż tak różowa. Goebbels, jak większość wysoko postawionych nazistów, nie potrafił dochować żonie wierności. Pierwszą jego kochanką była praca, drugą (i kolejnymi) około czterdzieści różnych kobiet, z których najważniejszą była Lida Baarova. To oczywiste, że gdy minister zatracał się w swych obowiązkach zawodowych, by potem kontynuować swoje romanse, miał znacznie mniej czasu dla rodziny. Dzieci Goebbelsów jako jedne z nielicznych nie musiały dźwigać brzmienia strasznej przeszłości, ale nie dlatego, że pogodziły się z czynami i poglądami ojca. 1 maja 1945 roku Helga (12 lat), Hildegarda (11 lat), Helmut (9 lat), Hedwiga (8 lat), Holdine (7 lat) i Heidrun (4 lata) stali się ofiarami rozszerzonego samobójstwa zaplanowanego przez własnych rodziców. 3. Laleczka Himmlera Najwięcej o tym, jakim ojcem i głową rodziny był Heinrich Himmler, dowiadujemy się z jego listów do żony Margi. Dzięki tej wymianie korespondencji życie „Heiniego” zostało wyjątkowo dobrze udokumentowane. Później w sposób bardzo oszczędny i w samych superlatywach wypowiadała się o nim córka Gudrun, nazistowska księżniczka, która aż do śmierci w wieku 88 lat pozostała wierna ideologii rodziców. Jasnowłosa, niebieskooka dziewczynka urodziła się latem 1929 roku. Stała się idealnym dzieckiem w przynajmniej początkowo idealnej rodzinie. Już w czasie, gdy Margi była w ciąży, Himmler bardzo troszczył się o nią, a co za tym idzie – o nienarodzone jeszcze dziecko. W listach pisał, by kobieta dbała o siebie, nie przemęczała się, jadła powoli, przyjmowała witaminy i dużo spała. Himmler z żoną i córką. ( BY-SA Nazywał ją "mamusią" ich "słodkiego łobuziaka". Listownie całował ją też w brzuch. Widać zatem, że bardzo chciał zostać ojcem. Wysyłał żonie nie tylko czułe słówka i ciepłe myśli, ale też oczywiście pieniądze. Po narodzinach dziewczynki, by móc nacieszyć się rodzinnym szczęściem, wziął nawet dwutygodniowy urlop. W późniejszych listach zachwalał swą córeczkę, ślicznego aniołka o pięknych oczkach, za każdym razem pamiętał o dziewczynce i przesyłał jej całusy. Tęsknił za żoną i słodkim dzieciątkiem, zazwyczaj odliczając czas do spotkania. "Tatusiowi na walizkach" przez cały czas brakowało jego "dobrej Laluni". Tak samo jak bez wahania podpisywał wyroki śmierci, tak bez najmniejszych wątpliwości wyznawał swoim "kobietkom" miłość. W późniejszych latach Gudrun sama pisała listy do ojca. Dziękowała mu w nich za słodkości i prezenty. Jednym z jej najpiękniejszych wspomnień była radosna wizyta w obozie koncentracyjnym, obrazy namalowane przez więźniów, pyszny obiad i uroczy ogród. Jeszcze za życia ojca Gudrun odnotowywała w swoim pamiętniczku podziw dla tego bezlitosnego człowieka, po jego śmierci pielęgnowała zaś pamięć po nim. Widziała w nim bohatera, który miał przed sobą ciężkie zadanie usunięcia "śmieci" z III Rzeszy. Po wojnie, już jako dorosła kobieta, poświęciła się wsparciu byłych nazistów. Pomagał jej w tym mąż, który podzielał jej poglądy. Gudrun do końca życia broniła Himmlera, nie wierzyła w jego samobójstwo (twierdziła, że został zabity) i uważała, ze nie był potworem, a wszystko, co mówili o nim alianci, to podłe kłamstwa. 4. "Dobre" rady Hansa Franka Hans Frank był mężem stenotypistki Brigitte Marie Herbst i ojcem piątki dzieci, w oczach których przez lata jawił się po prostu jako wiecznie skupiony na pracy, nieobecny człowiek. Reszta świata wiedziała jednak, jakie ma poglądy, i informacje te prędzej czy później musiały dotrzeć do jego potomków. Po wojnie najwięcej na temat "tatusia" mieli do powiedzenia Norman i Niklas. I bynajmniej nie próbowali go usprawiedliwiać (w przeciwieństwie do rodzeństwa). Pierwszy z nich, jako pierworodny, był pupilkiem ojca. To jemu Hans poświęcał najwięcej czasu wygospodarowanego z napiętego grafiku. Ściągnął go za sobą nawet na Wawel, często jednak wyjeżdżał i bywało, że chłopiec zostawał w zamku jedynie ze służbą. Już wcześniej Norman czuł się bardzo samotny, co opisał Posner w "Dzieciach Hilera": "Mieliśmy (…) bardzo dużą willę z wielkim ogrodem, ale obok nas nikt nie mieszkał. Musiałem się bawić z szoferami. Podczas przerw uczyli mnie boksować i palić papierosy. Grałem też w tenisa, sam ze sobą, odbijając piłeczkę od ściany. Ojciec był stale w rozjazdach, a matkę pamiętam albo w ciąży, albo podczas pobytów w szpitalu. (…) Nie miałem żadnych kolegów ze szkoły, bo nasza willa znajdowała się na uboczu i nikt mnie nigdy nie odwiedzał". Hans Frank z rodziną. Od roku 1942 Frank zajmował się właściwie tylko pracą, rodzina zeszła dla niego na dalszy plan. Jednak kiedy wymagała tego sytuacja, znajdował czas, by przymuszać dzieci do spotkań z nazistami najwyższego szczebla, co trwało godzinami, a u najmłodszych wywoływało nie lada stres. Z wiekiem Norman stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie. W końcu introwertyczny chłopiec wyrósł na przytłoczonego swym pochodzeniem dorosłego, który wspominając ojca, płakał. Tym bardziej, że jako dziecko był pewien, że Hans po prostu piastuje wysokie stanowisko i jest bardzo zajęty. Prawda o tym, co go tak zajmowało, okazała się dla Normana druzgocąca. Nigdy jednak w nią nie zwątpił. Usłuchał za to ojcowskiej rady, której Hans udzielił mu w więzieniu: by nie przesadzał ze szczerością, bo skończy jak ojciec. Kazał mu zawsze się zastanowić, nim wygłosi jakiś pogląd. Skutek był taki, że jego pierworodny syn stał się jeszcze bardziej skryty. 5. Mali nieznajomi Najmłodszy Niklas miał do ojca znacznie więcej żalu i nie przebierał w słowach, gdy o nim opowiadał. Często wspominał rozpad rodziny. Małżeństwo skupionego na karierze Hansa Franka po jakimś czasie istniało już tylko na papierze. Napięcia pomiędzy rodzicami miały oczywiście silny wpływ na dzieci. Dla Niklasa trudne było także to, że Hans nigdy nie okazywał mu uczuć. Nie mówił potomkom, że ich kocha, potrafił wręcz odezwać się, niby żartując: "kim jesteś mały nieznajomy, co tu robisz?". Zważywszy, że w jednym z listów źle zapisał imię syna, ten żart nabiera bardzo ponurego wydźwięku – Hans wcale nie znał swoich dzieci. Bywał też w stosunku do nich bardzo surowy. Gdy Niklas niechcący zniszczył jego okulary, ojciec najzwyczajniej w świecie go spoliczkował. Nie umiał okazywać czułości, zadbał jednak o przerażającą atrakcję dla najmłodszego syna. Zabrał go do obozu koncentracyjnego, gdzie chłopiec mógł obserwować wyczerpanych więźniów jeżdżących na ośle. Inną makabryczną zabawą, na którą pozwalano dzieciom, była gra w chowanego pomiędzy grobami polskich władców na Wawelu. Niklas znienawidził oboje swoich rodziców i każdemu z nich poświęcił książkę. Norman postanowił nigdy nie mieć własnych dzieci, uważał bowiem, że rodu Franków nie należy przedłużać. Ich siostra Bridgette zmarła w wieku 46 lat, najprawdopodobniej popełniwszy samobójstwo. Przez całe życie miała obsesję, że odejdzie w tym samym wieku, co ojciec – i tak też się stało. Brat Michael został alkoholikiem. Hans, choć prawie nieobecny za życia dzieci, zostawił im spadek, z którym trudno było sobie poradzić… Choć zaangażowanie polityczne i odgórne przyzwolenie na romansowanie odciągało nazistów od ich rodzin, nawet ci wyjątkowo zajęci znajdowali nieco czasu dla swoich dzieci. Nawet jeśli kontakt ten był nikły, na potomków zbrodniarzy wojennych zwrócone były później oczy całego świata. Korzystając z uwagi mediów, można było przeprosić za czyny wyrodnego rodzica, tak jak to zrobił Niklas Frank. Można też było, niczym Edda Göring, do końca bronić jednego z najokrutniejszych ludzi w historii. O AUTORZE: Zuzanna Pęksa - Absolwentka filologii polskiej, specjalność filmoznawstwo. Z uwagą wysłuchuje i spisuje, co mają do powiedzenia świadkowie historii. Zobacz również: Błażej Staryszak i Krzysztof Wiśniewski napisali książkę "Tata nie ma siły". Mówią, jak zmieniło ich rodzicielstwo polecamy

– bardziej brzmieniowo agresywnej, „katastroficznej”, jakby antyestetycznej (umyślne ignorowanie pięknego brzmienia) – w Szkole Wiedeńskiej; – bardziej narracyjnie rozluźnionej, w koncepcji brzmienia zbliżonej do estetyki Debussy’ego – u Skriabina i Szymanowskiego (III Symfonia). I wreszcie orientacja zwana neoklasyczną.

Les Fastes de la grande et ancienne Mxnxstrxndxsx to cykl utworów na klawesyn Françoisa Couperina,opublikowanych w jego Drugiej księdze dzieł na klawesyn powstałej na przełomie1716/17. Stanowiły one oś programu trzeciego koncertu Forum Musicum, w którym zagrali Justyna Młynarczyk i Piotr Młynarczyk na violach da gamba oraz Marcin Świątkiewicz na klawesynie. Cały program, złożony z dzieł baroku francuskiego, nazywał się Cabinet de curiosités, czyli Gabinet osobliwości. Zanim powstały muzea, takie właśnie graciarnie najprzecudniejszych rzeczy wypełniały sale w domach co bogatszych humanistów, tych szlachetnie urodzonych z zacięciem intelektualnym i dobrze wykształconych mieszczan. Na powstanie gabinetów osobliwości wpływ miał renesans, gdzie obok powrotu do estetyki starożytnych, do ich mitologii, powróciła też hellenistyczna ciekawość wobec różnorodności świata, oraz neoplatoński ezoteryzm każący szukać w dalekich stronach przedmiotów magicznych i świadczących o istnieniu niezwykłych zjawisk i stworzeń. Gabinety osobliwości poprzedzały muzea, mniej już osobliwe w swych zbiorach (choć zdarzają się wyjątki, coraz częstsze wraz z rozwojem masowej turystyki), lecz za to bardziej cenne edukacyjnie. W XVII wiecznej Francji rodziło się oświecenie i estetyka neoklasycyzmu. Bardzo ważny był dla jej powstania malarz Poussin, w nowy, filozoficzny sposób łączący widoki natury z odczytaną w czystszy sposób mitologią bogów olimpijskich. W muzyce tej odsłony Forum Musicum nasz gabinet osobliwości zapełnił się muzyką ilustrującą rozmaite sceny, stany i zjawiska, w tym Mxnxstrxndxs. Cieniste zbiorowisko kształtów jawiło mi się raczej jako pożegnanie z dojrzałym barokiem. Zadumane i gęste smugi brzmienia wiol kojarzyły się nieodparcie ze szkicami Rubensa i Rembrandta, z ich nonszalancką impresyjnością i mglistą melancholią. Za nazwą Mxnxstrxndxs czyha nie tyle mityczna bestia, czy eliksir zwiększający zasięg powietrzny latających mioteł i dywanów, ale polityka. To, co Couperin nazwał Mxnxstrxndxs było próbą przywrócenia rangi cechu muzyków. Ménestrandise, czyli korporacja minstreli, została utworzona w 1321 roku w celu odrzucenia muzyków-włóczęgów, których działalność uznano za poniżającą dla bardziej edukowanych adeptów muzyki. Organizacja osiągnęła swój szczyt w XVI wieku. W XVII wieku wysokie uznanie dla muzyków Kaplicy Królewskiej, którzy nie byli częścią Ménestrandise spowodowało upadek znaczenia przynależności do Ménestrandise i konflikt między jego członkami a innymi muzykami. W 1693 r. Grupa kompozytorów, w tym Nicolas Lebègue, Guillaume-Gabriel Nivers, Jean-Baptiste Buterne i François Couperin, przedstawiła Ludwikowi XIV list protestacyjny przeciwko korporacji, oskarżając ją o zbytnią restrykcyjność wobec wolności muzyków. Podobny protest wyrażono w 1707 roku. François Couperin skomponował na tą okazję Les Fastes de la grande et ancien Mxnxstrxndxsx (tytuł był nieco enigmatyczny, aby uniknąć pozwów ze strony korporacji). Była to surowa w swej trafności satyra, gdyż dla królewskich muzyków członkowie Ménestrandise byli niczym innym jak żonglerami, zazdrosnymi błaznami z wyszkolonymi małpami, ignorującymi muzykę i udającymi, że płacą jakieś absurdalne podatki. W zbiorze edyktów opublikowanym przez Pierre'a Roberta Christophe'a Ballarda w 1774 roku pod egidą Korpusu Muzyki Jego Królewskiej Mości, znajduje się kronika konfliktu między korporacją a muzykami innych organizacji: „Powtarzające się próby Menestrandise, aby zmusić muzyków do wstąpienia do społeczności i uiszczenia odpowiednich opłat rejestracyjnych, niezliczone procesy sądowe generowane w stolicy, podobnie jak w pozostałych częściach kraju, oraz brak szacunku dla zapewnienia twórczej wolności w tworzeniu muzyki to powody, które doprowadziły do ​​powstania tych edyktów”. No i zostaliśmy z francuską muzyką późnego baroku, lub też z przedwiośnia oświecenia, która wydaje się paradoksalna łącząc dość ścisłe konwencje ze znaną tylko szkicownikom swobodą i – niekiedy – ekshibicjonistyczną wręcz intymnością. Ta dwubiegunowość sprzyja ilustratywności tej muzyki, bo jakże inaczej skomponować paszkwil na nieszczęsnych potomków cechu minstreli, jeśli nie odnosząc się publicystycznie wręcz do bieżących wydarzeń, scen i charakterów. Bohaterkami koncertu Forum Musicum, który odbywał się w samym sercu Wrocławia, czyli w średniowiecznym Ratuszu, były wiole. Lecz ogniwa Les Fastes de la grande et ancienne Mxnxstrxndxsx przynależały tylko do klawesynu. Marcin Świątkiewicz grał wspaniale. Zachwyciło mnie jego perfekcyjne wyczucie muzycznego czasu, pozwalające na granie gęstych faktur Couperina z niebywałą dokładnością i elegancją, dokładnie tak jak trzeba i jak niewielu potrafi. Czy Couperin okazał się bardzo szyderczy? Wrodzona elegancja nie pozwoliła mu rechotać i zgrzytać zębami, choć nieszczęśni Minstrele przeganiani przez żebraków, żonglerów, małpy i niedźwiedzie w wyzywająco eleganckim stylu mogli się zdać ofiarami szczególnie subtelnej złośliwości. Dziś trzeba płacić za zdjęcia Wieży Eiffla nocą, zatem koniec końców małpy, niedźwiedzie i minstrele odnieśli swój cechowo-korporacyjny triumf. Na koncercie nie zabrakło oczywiście króla muzycznej szkicowości i intymności, Marina Marais, jak lubię go spolszczać „Mariana z Bagien” (Marais, Bagna, to sławna, uniwersytecka dzielnica dawnego Paryża). Gambiści grali świetnie, udało im się też znaleźć dobry akustycznie punkt Wielkiej Sali Ratuszowej. Dźwięk był wprawdzie trochę zbyt rozmyty, za to donośny, co przy cichutkich wiolach bardzo istotne. Marais zapewnił nam całą plejadę cudowności do gabinetowej kolekcji. Była nawet operacja usunięcia kamienia żółciowego z nerek, co na przełomie XVII i XVIII wieków nie mogło kończyć się zbyt często dobrze. Imponujące i pełne romantyzmu były sławne Dzwony, magiczny okazał się Marsz Persów, Zamieszanie zadziwiało złożonością narracji i pięknem ekspresyjnej kompozycji. Nie zabrakło też sławnej Marzycielki, która stała się kanwą dla Wszystkich Poranków Świata, pięknego filmu o Marin Marais i jego mistrzu Monsieur de Sainte-Colombe. Dzięki bardzo dobremu wykonaniu geniusz „Chopina wioli” zabłysł pełnym blaskiem. Odniosłem też wrażenie, że trudno znaleźć muzykę lepiej łączącą się z dojrzałym barokowym malarstwem, gdzie pewna nonszalancja, wychodzenie z granic linii budują cudowne efekty estetyczne. Justyna Młynarczyk i Piotr Młynarczyk udowodnili, że przepaść, jaka dzieliła kiedyś innych gambistów od Jordiego Savalla i Wielanda Kuijkena została w dużej mierze zasypana. Nie brakowało oczywiście gęstych i smolistych niskich tonów, takich jak czernie w obrazach Velasqueza. XVII wieczni miłośnicy francuskiej muzyki gambowej lubowali się w tych żarzących się ogniem basach i z pewnością byliby zadowoleni, gdyby zasiedli obok nas w Ratuszu. Na ciężkie i masywne basowe plany polscy wykonawcy nakładali cudowne frazy i zdobienia na wyższych strunach instrumentów, zaś lekkością palców mogli się dodatkowo popisać w utworze nawiązującym do techniki lutniowej. Wydaje mi się, że zwłaszcza styl gry Piotra Młynarczyka bliski jest konkretnemu, mocnemu brzmieniu Kuijkena, pełnemu, gdy trzeba, surowej ekspresji. Usłyszeliśmy tylko jeden utwór mistrza Maraisa – Monsieura de Sainte-Colombe. Był to Concert à deux violes esgales „Les Batteries”, czyli Działa. Aż ciężko uwierzyć, że można nadać tak poetycki I kameralny charakter nowoczesnej broni. Cenną ciekawostką repertuarową koncertu była obecność wielu dzieł Louisa de Caix d’Hervelois, który zmarł w 1759 roku, dwie dekady po Marinie Marais i Françoisie Couperinie. Ostatnie swoje wiolowe dzieła pisał już w erze zmierzchu tego instrumentu w wiernej mu długo Francji i jest to ciekawe. D’Hervelois posługiwał się już zupełnie inną fakturą brzmienia, był też mniej swobodny i impresjonistyczny w dziedzinie rytmu i muzycznych kulminacji. Miło było usłyszeć choćby jego Rogi, albo Gitarę, muzyczne ilustracje obdarzone solidnością kunsztownych rycin i pozbawione szaleństwa rysunku węglem. To był świetny koncert, zarówno od strony repertuaru, jak i wykonania. Miło było widzieć mistrzów swoich instrumentów na tle pięknego, późnogotyckiego portalu Ratusza, gdzie lew i orzeł z herbu Wrocławia zdawały się biec za rozchodzącymi się pod gotyckim sklepieniem dźwiękami. Justyna Młynarczyk, Piotr Młynarczyk / fot. Mateusz Kluczny Program: Muzyka francuskiego baroku M. Marais Allemande la Bizarre z Suite d'un goût etranger ze zbioru Quatrième livre de pièces de viole (1717) F. Couperin Les Fastes de la Grande et Ancienne Mxnxstrxndxsx: Premier Acte. Les Notables, et Jurés – Mxnxstrxndxnrs z Onzième Ordre ze zbioruSecond livre de pièces de clavecin (1716) M. Marais Cloches ou carillon z Suite en ré mineur ze zbioru Deuxième livre de pièces de viole (1701) L. de Caix d’Hervelois Cors de chasse ze zbioru Quatrième livre de pièces de viole (1740) Monsieur de Sainte-Colombe Concert à deux violes esgales „Les Batteries” M. Marais Gavotte du goût du théorbe que l’on peut pincer si l’on veut z Suite en si bémol majeur ze zbioru Troisième livre de pièces de viole (1711); La Géorgienne dite La Meupertuy z Suite en sol mineur ze zbioru Cinquième livre de pièces de viole (1725) F. Couperin Les Fastes de la Grande et Ancienne Mxnxstrxndxsx: Second Acte. Les Viéleux, et les Gueux z Onzième Ordre ze zbioru Second livre… M. Marais Marche Persane dite la Savigny z Suite en mi mineur ze zbioru Cinquième livre de pièces de viole (1725) L. de Caix d’Hervelois La Guitare ze zbioru Troisième livre de pièces de viole (1748) M. Marais Le Biscayenne z Suite en mi mineur ze zbioru Quatrième livre… F. Couperin Les Fastes de la Grande et Ancienne Mxnxstrxndxsx: Troisième Acte. Les Jongleurs, Sauteurs; et Saltimbanques: avec les Ours, et les Singes z Onzième Ordre ze zbioru Second livre… L. de Caix d’Hervelois Le Papillon ze zbioru Second livre de pièces de viole (1719); Le Moulinet ze zbioru Quatrième livre… R. Marais Les forgerons ze zbioru Premier livre de pièces de viole (1738) F. Couperin Les Fastes de la Grande et Ancienne Mxnxstrxndxsx: Quatrième Acte. Les Invalides: ou gens Estropiés au service de la grande Mxnxstrxndxsx z Onzième Ordre ze zbioru Second livre… M. Marais La Rêveuse z Suite d'un goût etranger ze zbioru Quatrième livre de pièces de viole R. Marais Le Noeud d’amour ze zbioru Premier livre de pièces de clavecin M. Marais Le Tableau de l’operation de la taille z Suite en mi mineur ze zbioru Cinquième livre de pièces de viole; Le tourbillon z Suite d'un goût etrangerze zbioru Quatrième livre… F. Couperin Les Fastes de la Grande et Ancienne Mxnxstrxndxsx: Cinquième Acte. Désordre, et déroute de toute la troupe: causés par les Yvrognes, les Singes, et les Ours z Onzième Ordre ze zbioru Second livre… M. Marais Charivary z Suite en ré majeur ze zbioru Troisième livre…
Gdybym nazywał się Jerzy Urban lub Zbigniew Zborowski, byłaby wtopa. Domyślam się, że małe, kobiece uszka będą miały w Prymach jak pączek w maśle, ale posiadaczom dużych, ehm, narządów polecałbym przymiarkę przed zakupem żeby nie okazało się, że Prymy będą dla nich w istocie słuchawkami nausznymi, a nie wokółusznymi. W tej części skupię się na arcydziełach kameralistyki i takich, których nie opisywałem, i takich które były opisane, ale wykonane przez innych muzyków niż tym razem. „Są takie nagrania [1], które nie tracą z biegiem lat swej wartości – przeciwnie: jeszcze bardziej nas wzbogacają, ponieważ stanowią krok milowy dla konkretnego dzieła, kompozytora czy stylu. Obowiązkiem więc naszym jest udostępnienie ich dla pokolenia, które nie miało jeszcze możliwości uczestniczenia w tak ważnych dla własnego rozwoju wydarzeniach. Nagranie z 1992 roku kompletu utworów instrumentalnych Adama Jarzębskiego do takich właśnie nagrań należy. Była pierwszą kompletną prezentacja tego niezwykle pięknego przykładu staropolskiej kultury muzycznej, wykonaną stylowo na instrumentach historycznych. A zagrali na nich muzycy znakomici, stanowiący wówczas elitę wykonawstwa historycznego z Lucy van Dael na czele i takimi legendami jak kornecista amerykański Bruce Dickey. Po latach mogliśmy go ponownie podziwiać na festiwalu „Chopin i jego Europa” w Nieszporach Maryjnych Monteverdiego pod dyrekcja Philippe’a Herreweghe’a. Po tym właśnie nagraniu utwory Jarzębskiego zaczęły się pojawiać w repertuarze rożnych zespołów. Konsekwencja jego było również wzbogacenie europejskiej fonografii o kolejne kompletne nagranie Canzoni e concerti Mensa Sonora Ensemble Jean’a Maillet’a w 1999 roku. […].” (Stanisław Leszczyński) Podwójny album „Jarzębski. Canzoni e concertin”, wydany został przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina w 2021 roku. Nagrań dokonali: Lucy van Dael, Marinette Troost, Janneke Guittart, Bruce Dickey, Charles Toet, Alberto Grazzi, Richte van der Meer, Reiner Zipperling, Titia de Zwart, Viola de Hoog, Michael Fentross, Anthony Woodrow, Jacques Ogg w czasie sesji w Studio Koncertowym S-1 Polskiego Radia (obecnie: im. Witolda Lutosławskiego) w Warszawie, 18–25 października 1993 roku. Adam Jarzębski [2], kompozytor wczesnego baroku, skrzypek i wierszopis. Dorobek kompozytorski Adama Jarzębskiego obejmuje: zbiór Canzoni e Concerti – 27 kameralnych utworów instrumentalnych (numer 7 jest częścią drugą numeru 6), którego rękopiśmienna kopia z 1627 przechowywana była do czasów II wojny światowej w Bibliotece Miejskiej we Wrocławiu (obecnie znajduje się w Staatsbibliothek der Stiftung Preußischer Kulturbesitz w Berlinie), a także Missa sub concerto, z której zachowany jest tylko głos basowy (w Staatsbibliothek der Stiftung Preußischer Kulturbesitz w Berlinie) oraz kanon 2-głosowy (opublikowany w Xenia Apollinea, dodatku nutowym do Cribrum musicum ad triticum Siferticum Marco Scacchiego, Wenecja 1643). Obok zbioru kompozycji pozostawił napisany wierszem Gościniec albo Krótkie opisanie Warszawy z okolicznościami jej…, wydany w 1643. Utwór ten nie reprezentuje wysokich walorów poetyckich, ale kryje w sobie ogromne bogactwo informacji o życiu Warszawy w I połowie XVII wieku. W Canzoni e Concerti Jarzębski prawie nigdzie nie precyzuje rodzaju instrumentów, jakie mają być zastosowane w jego utworach. Używa terminologii wokalnej – głosy wysokie określane są nazwami: soprano lub canto, w utworach 4-głosowych – vox prima, secunda, terza, zaś głosy niższe nazywane są tenore lub basso. Z instrumentów wymienia tylko bastardę (instrument basowy o 6-ciu, później 7-u strunach, będący członem pośrednim między rodziną gamb i lir), puzon i fagot. Wszystkie głosy wysokie mogą być wykonane na skrzypcach. „Canzoni e Concerti”, utwór kompozytora z Piaseczna (bo w tej miejscowości w właśnie sprawował on funkcję wójta) to jedna z najbardziej atrakcyjnych XVII wiecznych polskich „zapomnianych” kompozycji. Słuchając płyt NIFC ani muzykom, ani ich ostatecznemu dziełu w postaci krążek CD niczego zarzucić nie można. Ta muzyka ma w sobie wiele z charaktery muzyki dworskiej, a dokładniej- dworu królewskiego Zygmunta III gdzie Jarzębski był muzykiem kapeli królewskiej i zarazem nauczycielem muzyki znanych osobistości ówczesnej Warszawy. Słychać w kompozycjach mistrza znad Pilicy zadumę ulokowaną między nutami. Poszczególne części „Canzoni e Concerti” to piękna muzyka, świetnie zagrana. Warto po nią sięgać. Kompozytorzy są powszechnie najbardziej znani z dużych dzieł orkiestrowych. Kiedy myśli się o Johannesie Brahmsie, kompozycje jakie przychodzą na myśl to 4 duże symfonie, 2 koncerty fortepianowe i koncert skrzypcowy. Wszystkie wielkie dzieła, to w pewnym sensie kontynuacje dzieł Beethovena. Jednak wymienione dzieła pojawiły się stosunkowo późno w karierze Brahmsa, a przez większość kariery jego prawdziwą miłością była czysta forma muzyki- utwory kameralne, które liczebnie znacznie przewyższają większe utwory. Lista liczy bardzo wiele kompozycji o wielkiej różnorodności stylów: trzy kwartety smyczkowe, trzy tria fortepianowe, trzy kwartety fortepianowe, trzy sonaty skrzypcowe, po dwie z kwintetów smyczkowych, sonat wiolonczelowych i sekstetów smyczkowych oraz kwintet klarnetowy, trio waltorniowe i kwintet fortepianowy. Podwójny album „Brahms Complete Trios”, w wykonaniu Beaux Arts Trio / Arthur Grumiaux Francis Orval · György Sebök · George Pieterson, został wydany w 1993 roku przez wytwórnię Decca. W Beaux Arts Trio grali: Menahem Pressler (piano), Daniel Guilet (skrzypce) oraz Bernard Greenhouse (wiolonczela). Utwory Brahmsa [3] w tym zestawie mogą zmienić myślenie wielu melomanów o wcale niełatwych z reguły w odbiorze kompozycjach kameralnych… Te mają wszystko- są melodyjne, poruszające, skłaniające do refleksji, proste w konstrukcji. Brahms szukał inspiracji w muzyce ludowej, którą uważał za istotę prawdziwej muzyki i w tych utworach przewijają się motywy ludowe, albo pieśni austriackie, albo motywy zbliżone do węgierskich, tak popularne w Wiedniu w drugiej połowie XIX wieku. Daje to tym utworom pewną czarującą prostotę, łagodną dla uszu słuchaczy. Joan Chissell z magazynu Gramophone napisał: „Chociaż Menahem Pressler zajmuje stołek przy fortepianie, kolekcjonerzy powinni zauważyć, że napotkane tutaj Beaux Arts Trio nie jest tym, które nagrało tria Brahmsa na skrzypce, wiolonczelę i fortepian jakieś pięć lat temu, ale oryginalny zespół z Danielem Guiletem jako skrzypkiem i Bernardem Greenhousem jako wiolonczelistą . Ich występy, mające już ćwierć wieku, charakteryzują się pożądaną dojrzałością tonalną i ciepłem w tym za pół ceny (czyli dwóch płyt w cenie jednej) dwupaku. Samo granie mogę w skrócie opisać jako całkowicie zaangażowane (spróbuj dumnego inspirowanego Węgrami Andante con moto op. 87 jako próbkę żywiołowości i werwy tych artystów), choćby raz lub dwa razy temat finału Tria B-dur) entuzjazm pianisty jest ewidentny. W Trio Klarnetowym balans zbyt często przeciwstawia się uroczej, lirycznej wiolonczeli Greenhouse’a, jak to czasem bywa z samym rogiem w op. 4 Trio, grane czule, choć z mniejszym niż rozmachem, przez inną, mniej żywo nagraną grupę (Grumiaux, Orval i Sebok). Przestrzeń wyklucza włączenie nieuwierzytelnionego, ale całkowicie typowego młodzieńczego Tria na skrzypce, wiolonczelę i fortepian, tak dzielnie wprowadzonego do katalogu przez Beaux Arts już w 1968 roku. Szkoda. Ale mimo wszystko jest to świetny stosunek jakości do ceny” Naprawdę słuchanie w tej edycji kompletnych trio Brahmsa autorstwa Beaux Arts Trio to czysta przyjemność. Nagrania są idealne, instrumenty precyzyjnie nagrane, a ich timing jest precyzyjny. Pasja, czy zaangażowanie, zaklęte w ścieżkach muzycznych jest niezaprzeczalne. Utwór Johannesa Brahmsa [4] często nazywany „koroną jego muzyki kameralnej”, rozpoczął swoje życie jako kwintet smyczkowy (skomponowany na dwoje skrzypiec, altówkę i dwie wiolonczele). Brahms przepisał kwintet na sonatę na dwa fortepiany (w takiej formie wykonali ją Brahms i Carl Tausig), zanim nadał jej ostateczną formę. Brahms zniszczył pierwotną wersję- tę na kwintet smyczkowy, ale Sonatę opublikował jako op. 34b. Jako kwintet fortepianowy miał swoją premierę 22 czerwca 1866 roku w Konserwatorium Lipskim. Jak większość kwintetów fortepianowych skomponowanych po Kwintecie fortepianowym Roberta Schumanna, jest on napisany na fortepian i kwartet smyczkowy (dwoje skrzypiec, altówka i wiolonczela). „Brahms: Piano Quintet to album muzyczny: Maurizio Polliniego i Quartetto Italiano, wydany przez Deutsche Grammophon w 1980 roku „Piano Quintet” jest kompozycją chyba najbardziej romantyczną spośród innych dzieł kompozytora. Intensywność gry sięga rozmiarów skrajnych uczuć- euforii lub rozpaczy, a ich zmienność jest wyjątkowa. Jest jak huśtawka. Nie jest to najsubtelniejszy z utworów Brahmsa – ciężko odrzucić wrażenie, że ta huśtawka – od dramatyzmu do sielskiej radości, czy od tragizmu do pomyślności. Nagrania zwracają uwagę na równorzędność kwartetu smyczkowego i fortepianu, choć w pewnym zakresie fortepian jest jednak jednym z głównych bohaterów spektaklu, mającym własny charakter, podczas gdy smyczki malują piękne obrazy tła. Żywiołowy Kwintet fortepianowy jest wspaniałym utworem i zapewnia dobre towarzystwo na wieczorne spotkania z muzyką. Inteligentne, charakterystyczne, ale i uduchowione podejście do muzyki przychodzi muzykom bardzo łatwo. Brzmienie fortepianu jest świetne. Słowa krytyki (wybrane) brzmiały następująco: „…to pozostaje bezkonkurencyjne.“ (Nigel Simeone, International Record Review) „…Maurizio Pollini i Quartetto Italiano w Brahmsie brzmią jak bilet marzeń – i tak właśnie jest. . . wciąż istnieje legendarna świetlistość dźwięku, piękna precyzja, doskonale uzupełniona przejrzystością i kontrolą dotyku Polliniego.“ (Duncan Druce, Gramophone) „…to jedno z ostatnich nagrań kwartetu, ale legendarna świetlistość dźwięku wciąż jest, podobnie jak wielka precyzja, doskonale uzupełniona przejrzystością i kontrolą dotyku Polliniego. Ale bynajmniej nie jest to zimne, kliniczne wykonanie – pierwsza część jest mocno dramatyczna, Andante ekspansywnie liryczne, a początek Scherzo nigdy nie brzmiał mroczniej ani bardziej tajemniczo.” (Gramophone Magazine) Wraz z kwintetem fortepianowym, triem B-dur i triem klarnetowym, te trzy formy stanowią najlepszy przykład pisania muzyki kameralnej przez Johannesa Brahmsa na fortepian i smyczki. Często płyty z muzyką klasyczną nagrane przez jednych z najlepszych wykonawców na świecie nie zawsze kończą się komercyjnymi sukcesami, ale w przypadku nagrań „Brahms The Piano Quartets opp. 25, 26 & 60”, ma się do czynienia z doskonałymi pracami natury artystycznej stworzonej przez najpopularniejszych współczesnych instrumentalistów. Album „Brahms The Piano Quartets opp. 25, 26 & 60” w wykonaniu Emanuela Axa, Isaaka Sterna, Jaime’a Laredo i Yo Yo Ma, nagrano w Troy Savings Bank Music Hall i w Suntory Hall w Tokyo dla Sony Classical w 1992 roku. Ax zawsze był dość stonowanym wykonawcą- gra nuty i na ogół gra je dobrze, ale często nie udaje mu się sprawić, by miały wyraz magiczny. Stern nie musiał wspinać się na szczyty swoich możliwości, bo te kwartety są technicznie dość łatwe dla skrzypków. Laredo jest znakomitym altowiolistą, subtelnie dostosowując się od brzmienia skrzypiec i normalnej pozycji, by wtopić się w głos środkowy. Yo Yo Ma jest najmłodszym z zespołu kiedy to zostało nagrane, ale był tak samo biegły w niesamowitych zmianach kolorów i realizacji pomysłów muzycznych jak jego koledzy z zespołu. Thomas May wyraził się o nagraniach zgromadzonych na płycie w taki sposób: „Kwartet fortepianowy – jeden z wielu dziwnych błędnych określeń w muzyce – opiera się na szczególnie subtelnej grze pomiędzy kontrastującymi fakturami smyczków i klawiszy. Synergia czterech muzyków na tej płycie (każdy jest gwiazdą na swoim instrumencie), podobnie jak w ich opisie kwartetów fortepianowych Mozarta, tworzy wspólną dynamikę, która wnosi głębię ekspresji, którą Brahms pozytywnie wlał do tego idiomu. Udało im się wypracować styl połączony z pewnego rodzaju klarowną, organiczną nieuchronnością. Pierwszy kwartet (g-moll) emanuje empatycznym zaangażowaniem Brahmsa w kameralną muzyką Schuberta (utwór był jego wiedeńskim debiutem), ale wywarł głęboki wpływ na Arnolda Schoenberga, który napisał na ten temat głośny esej wychwalający „Brahmsa postępowego” i później nagrał go na pełną orkiestrę. Jest podobnie Schubertowski spokój jak w Kwartecie w A, ale w rękach tych muzyków jego długość rozwija się jak róg obfitości, płodny w swej muzycznej inwencji, ze szczególnie magiczną bujnością w romantycznej wolnej części „Nachtstück”. Ale prawdziwym emocjonalnym punktem centralnym jest tutaj kwartet c-moll (znany również jako Werther Quartet od rzekomej inspiracji w powieści Goethego). Axe, Stern, Laredo i Ma wnoszą do swojego konta skoncentrowaną moc i upiorną oryginalność, zaszczepiając chwile udręki i harmonijnej dyslokacji piekącą tragiczną energią. Szczególnie Andante wyłania się jako nieprzerwana rapsodia, gdy muzycy grają nawzajem swoje frazy, aby zbudować majestatyczną elokwencję.” „Brahms The Piano Quartets opp. 25, 26 & 60” to znakomita płyta, bardzo dobre odczytanie, a indywidualna muzykalność jest tak dobra, jak to tylko możliwe. Dźwięk firmy Sony, nawet bez renowacji, jest bardzo atrakcyjny. To dobre nagranie wspaniałej muzyki jest z całą pewnością warte posiadania. Johannes Brahms skomponował trzy sonaty na skrzypce i fortepian. Te sonaty nie są tak często grywane jak inne utwory kameralne Brahmsa, ale są równie pięknie. Brahms, jako pianista, korzystał z rad skrzypków, a przede wszystkim swojego przyjaciela Josepha Joachima, dla tworzenie partii skrzypiec, które mogłyby być dobrze odbierane przez skrzypków. Dwie pierwsze sonaty, G-dur i A-dur, są liryczne, których korzenie można odnaleźć w niektórych jego pieśniach. Trzecia sonata, d-moll, jest kompozycją dramatyczną, a części zewnętrzne przywołują ponure dni jego życia. Sonaty te w są oparte na wzorcach klasycznych- o „formie sonatowej”, z pierwszą częścią powolną ABA i ostatnią częścią w formie ronda, ale są wyjątki. powolna część A-dur zajmuje środkową część w potrójnym takcie, która ma pewne cechy scherza, a d-moll zawiera krótką dodatkową część, która nie jest do końca scherzem. Również finał d-moll to hybrydowe „rondo sonatowe” z sekcją rozwojową. Album „Brahms: Violin Sonatas Nos. 1-3” w wyk. Itzhaka Perlmana (skrzypce) i Vladimira Ashkenazy’ego (fortepian) został wydany w 2006 roku przez wytwórnię EMI Classics (fortepian), został wydany przez EMI Classics w 2006 roku. Itzhak Perlman i Vladimir nagrali te sonaty w 1983 roku w Studio No. 1, Abbey Road w Londynie. Obaj wykonawcy to niekwestionowane sławy, więc ich połączenie twórcze rodzi niesamowicie piękną muzykę. Perlman gra jedwabiście, nie ma szorstkości, a w wysokich tonach dźwięki są zaokrąglone. Ashkenazy doskonale akompaniuje, tonowanym dźwiękiem, gdy skrzypce prowadzą linię melodyczną, ale gdy jest to wymagane wynurza się z cienia. Równowaga między nimi wydaje się idealna. Obaj podkreślają obecny w tych utworach liryzm. Ciepły ton Perlmana dobrze pasuje do tęsknej atmosfery sonaty G-dur, ale przecież też do pozostałych bo to walor zawsze pożądany. Gra Perlmana jest ciepła i niewymuszona, a .Ashkenazy nasyca dźwięk większą głębią tonu wzbogacając przekaz obu. Jako zbiór trzech sonat skrzypcowych na jednym krążku, ta płyta ma ogromną wartyość do polecenia. Być może nie powinien to być jedyny zestaw tych utworów w jednym zbiorze (w rzeczywistości jest wykonanie III Sonaty Davida Ojstracha i Władimira Yampolsky’ego w tej samej serii, która jest idealnym towarzyszem Perlmana i Ashkenazy’ego. Perlman i Ashkenazy w ramach serii Great Recordings of the Century EMI wydał materiał muzyczny zarejestrowany w ciągu czterech dni: z Christopherem Parkerem jako inżynierem i Suvi Raj Grubbem jako producentem. Referencje zespołu nagraniowego nie są przesadne bo rzeczywiście, nagrany dźwięk wydaje się chwytać dwójkę artystów w trakcie artystycznego uniesienia. Płyta CD, która została wydana w 1985 roku, prezentuje znakomitą jakość dźwięku. Ta płyta została wznowiona z inną ilustracją okładki, a materiał muzyczny zremasterowano. Urodzony w Wiedniu w 1875 roku Fritz Kreisler [5] był skrzypkiem jak nikt inny: muzykiem, którego niepowtarzalne brzmienie wydawało się ucieleśniać istotę stylu wiedeńskiego romantyzmu. W czasie studiów tam i w Paryżu jego profesorami byli Delibes i Bruckner i Massenet. Jednak jako młodzieniec wziął udział w przesłuchaniu do Filharmoników Wiedeńskich, ale został odrzucony przez jej lidera, Arnolda Rosé. Był wtedy tak przygnębiony, że prawie zapisał się na studia medyczne. Była to pierwsza z wielu wąskich ucieczek zarówno w jego karierze, jak i życiu. Jego reputację jako solisty ugruntował koncert z Filharmonią Berlińską pod dyrekcją Nikischa oraz kilka tournées po Ameryce w pierwszych latach XX wieku. Był żołnierzem i został ranny w I wojnie światowej; w 1938 uciekł z Wiednia do Paryża, a następnie, po wybuchu II wojny światowej, przeniósł się do Ameryki. Kreisler zmarł na chorobę serca w Nowym Jorku w 1962 roku. Kreisler posiadał kilka historycznych skrzypiec wykonanych przez lutników: Antonio Stradivariego, Pietro Guarneriego, Giuseppe Guarneriego i Carlo Bergonziego, z których większość w końcu nosi jego imię. Posiadał także skrzypce Jean-Baptiste Vuillaume z 1860 roku, których często używał jako swoich drugich skrzypiec i które często pożyczał młodemu geniuszowi Josefowi Hassidowi . W 1952 podarował swojego Giuseppe Guarneri Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie. Album „Kreisler: Original Compositions & Arrangements”, wydany przez EMI Classics w ramach serii Great Recordings Of The Century, do sprzedaży został przeznaczony w 2005 roku. Styl Kreislera pod pewnymi względami uosabia tworzone i wykonywane przez niego miniatury skrzypcowe i fortepianowe – często ukrywając je jako pastisze barokowych kompozytorów, podczas gdy w rzeczywistości były jego oryginalnym dziełem. Walce Liebesleid, Liebesfreud i Schöne Rosmarin to jedne z tych, które pozostają popularnymi bisami wśród dzisiejszych solistów. Ale jeśli pozostaje wrażenie, że Kreisler był skrzypkiem arcy salonowym, jest to nieco mylące. Jego partnerem wśród pianistów w kilku cennych nagraniach sonat na większą skalę był nikt inny jak Siergiej Rachmaninow. Pozostawił ważne nagrania wielu koncertów– niestety nienapisanego dla niego Koncertu skrzypcowego Elgara, do którego wprowadził własne modyfikacje przed premierą w 1910 roku. Nie da się pomylić brzmienia Kreislera. Był skrzypkiem ostatniego „złotego wieku”: takim, którego osobowość, charakterystyczny ton i ekspresyjny, uwodzicielski sposób z vibrato, portamento i rytmem są natychmiast rozpoznawalne, ale zawsze zakorzenione w empatii z prawdziwym duchem muzyki. Jego ton ma słodycz, uduchowienie i śpiewność, która nigdy nie została przekroczona. Na temat opisywanego wydawnictwa wielu znaczących krytyków muzycznych wyraziło swoją opinię: Goran Forsling z portalu Music Web: „Nieco ponad rok temu recenzowałem podobną kompilację miniatur Kreislera na płycie Naxos. Nie mniej niż 15 tytułów z tej płyty znajduje się również na tej płycie EMI, w tym praktycznie wszystkie znane. Do czytelników należy ocena, czy konieczne jest zainwestowanie w obecną płytę dla dziewięciu statystów. Oczywiście dobrze jest mieć kilka takich kompozycji „w stylu…”, z których jedna jest na kwartet smyczkowy. Jednak ogólnie rzecz biorąc, niespecjalistyczny kolekcjoner powinien zadowolić się jednym lub drugim. EMI jest odtwarzany z oryginalnych matryc, które oczywiście nie były dostępne dla Naxos, który zamiast tego musiał pracować z gotowymi tłoczeniami w idealnym stanie. W przypadku Naxos Ward Marston osiągnął dźwięk w pełni porównywalny z tym, jaki dostarcza EMI. Losowy wybór porównań A/B ujawnił pewne dudnienie na dysku Naxos, ale nie na tyle, by być niepokojącym. Jakość nagrań z 1938 roku, wykonanych na Abbey Road, zawsze była bardzo dobra, a nagrania z Berlina z 1936 roku nie są daleko w tyle. Te z 1930 roku są nieuchronnie bardziej przestarzałe, ale wciąż bardzo łatwe do słuchania. Na nowo zachwyca się grą Kreislera: słodkim tonem, lekką, niemal swobodną frazą. Podchwytliwe, szybkie pasaże wykonuje z niezwykłą dokładnością, a jego rubato wydaje się nieodłączną częścią kompozycji. Moim zamiarem było odtworzenie Caprice viennois (tr. 1) tylko po to, aby odświeżyć pamięć i sprawdzić jakość dźwięku, a następnie skoncentrować się na tytułach, których nie było na płycie Naxos, ale od razu się wciągnąłem i odtworzyłem całą płytę za jednym posiedzeniem. Z „nowych” tytułów dwa pastisze Couperina nie są wykonywane tak, jak można by się tego spodziewać, ale są wykonane elegancko i z tą niepowtarzalną słodyczą tonu i czarującym rytmicznym śpiewem w pawanie (tr. 10). Osobliwością jest scherzo „w stylu Dittersdorfa”, grane przez Kreisler String Quartet, zespół ad hoc powołany do nagrywania kwartetu smyczkowego Kreislera. Jednym z członków był William Primrose, który pamiętał sesje. Okazało się, że będzie pusta strona 78 i producent Fred Gaisberg zasugerował Kreislerowi napisanie wypełnienia lub zaaranżowanie jednego ze swoich utworów na kwartet, co zrobił od razu w swoim pokoju hotelowym z Primrose. Następnie pospieszył z partyturą kopiście i następnego dnia został nagrany. To fajny kawałek, który powinien być słyszany częściej. Chciałbym też, aby EMI wznowiło pełny kwartet Kreislera, którego nigdy nie słyszałem, poza częścią scherzo, którą Delmé Quartet umieścił na płycie z bisami. Spośród innych utworów Głazunowa Sérénade espagnole jest czarujący, a Larghetto Webera jest ciepło romantyczne. Słodka melodia mogłaby być niemal oryginałem Kreislera. Im Chambre séparée Heubergera, z jakiegoś powodu zatytułowane Midnight Bells, najlepiej zapadło w pamięć w nagraniach dwóch Elisabeth – Schumanna i Schwarzkopfa – ale Kreisler pieści melodię równie uwodzicielsko i dodaje coś, czego żaden z sopranów nie potrafił: podwójne stopnie! Każdy miłośnik gry na skrzypcach powinien mieć te nagrania w takiej lub innej wersji, a jeśli decydującym czynnikiem jest ilość, EMI jest lepszym wyborem, ponieważ oferuje 78-minutowy czas gry, podczas gdy Naxos daje tylko 67.” Gramophone Magazine: „W tym dobrze dobranym wyborze Kreislera grającego własne utwory i aranżacje, występy są jak zawsze magiczne, a oryginalna jakość dźwięku jest bardzo dobrze wydobyta w doskonałych przekazach.” Ta kolekcja Kreislera podkreśla jego własne kompozycje i transkrypcje i jest wspaniałym przykładem jego stylu gry – bardzo dopracowanego, wyrafinowanego, z odrobiną humoru. Świetna płyta i godny dodatek do kolekcji płytowej, zwłaszcza jeśli lubi się nagrania historyczne. „Trout” (Pstrąg) jest jedną z najpopularniejszych i znaczących pozycji muzyki kameralnej, której urzekające melodie przechodzą jedna w drugą. Kwartet smyczkowy nr 14 d-moll, znany jako „Śmierć i Dziewica”, również jest jednym z najpiękniejszych w literaturze muzycznej. Główny temat drugiej części Tria nr 2 Es-dur na fortepian, skrzypce i wiolonczelę został wykorzystany jako jeden z głównych tematów muzycznych w wielu filmach, Głód, Karmazynowy przypływ, Nauczyciel gry na fortepianie, Homme de sa vie, Kraina ślepców… Te i wiele inny wspaniałych utworów kameralnych skomponował Franz Schubert. Album „Schubert: 'Trout’ Quintet, Octet, D803; Sonata For Arpeggione And Piano; Fantasy, D934”, w wykonaniu Benjamina Brittena (piano), Clifforda Curzona (piano), Szymona Goldberga (skrzypce), Radu Lupu (piano), Mstislava Rostropovicha (wiolonczela) oraz Wiener Oktett, został wydany przez wytwórnię Decca w 1997 roku. Podwójny album Decci jest kompilacją nagrań pochodzących z różnych sesji z lat 1957/68/79 i przez różne składy personalne rejestrujące w czasie tych sesji: „Pstrąg” został nagrany przez Clifforda Curzona z członkami wiedeńskiego Oktettu (1957), „Arpeggione Sonata in a-moll” przez Mścisława Rostropowicza i Benjamina Brittena (1968), „Fantazja C-dur” przez Szymona Goldberga i Radu Lupu (1979), „Oktet F-dur” przez Wiedeński Oktett (1957). Recenzent Peter Watchorn napisał: „Oktet Schuberta, druga wersja nagrana przez oryginalny Oktet Wiedeński Willi Boskovsky’ego, jest jednym z najlepszych nagrań tego oktetu. Przewyższającym go jedynie wcześniejsze nagranie monofoniczne zespołu (w którym zaobserwowano więcej powtórzeń). prawdziwie przełomowe wydawnictwo z 1957 roku… Stereofoniczne przeróbki Beethoven Septet, Schubert Octet i Schubert Trout Quintet wykonane przez Vienna Octet należą do największych nagrań muzyki kameralnej dokonanych przez firmę Decca w późnych latach 50.”. Pozostałe nagrania to najwyższej klasy mniej popularne utwory miedzy innymi z udziałem Radu Lupu i Szymona Goldberga, których „Fantazja” naprawdę jest bardzo udana- barwna, ciepła i wciągająca. „Trout” Curzona i Oktettu jest jednym z najbardziej eleganckich i radosnych przykładów wykonawczych wśród olbrzymiej ilości wykonań, a przy tym wersja odznacza się równowagą między impulsywnością a wyrafinowaniem. „Arpeggione Sonata” w wykonaniu Rostropovicha i Britttena jest doskonała bez zastrzeżeń, Wersja „Oktetu F-dur” jest urocza, która nie wywoła u słuchacza poczucia, że „gdzieś indziej” mogłoby być lepiej. Album „Schubert: String Quintet”, w wykonaniu Alban Berg Quartett i Heinricha Schiffa (wiolonczela), został wydany w 2007 roku przez EMI Classics. Jest to imponująca lektura kwintetu, wyróżniającego się energią i lirycznym pięknem, a wiolonczelista Heinrich Schiff z pewnością kładzie znaczną wagę swojego tonu na piękne, mieszane brzmienie zespołu Alban Berg Quartet. Oryginalne nagranie z 1982 roku było pierwszorzędne, a inżynierowie EMI wykonali znakomitą pracę, aby uchwycić jego atmosferę i ciepły ton w tym remasteringu w serii Great Recordings of the Century. Jedyną wadą jest to, że muzycy pomijają powtórzenie ekspozycji w pierwszej części kwintetu, pozbawiając go „niebiańskiej długości”, jaką powinien mieć. (Ted Libbey) Wielu uważa Kwintet smyczkowy D 956 Schuberta za jedno ze szczytowych arcydzieł w całym repertuarze kameralnym. Ten jedyny kwintet smyczkowy Schuberta, o zróżnicowanych nastrojach emocjonalnych, opatrzony pięknymi tematami lirycznymi i żeby było jeszcze więcej atrakcji- o gęstych, bogatych fakturach, o które wzbogaca dodana wiolonczela. Alban Berg Quartet daje słuchaczom gładkie piękno brzmienia, bogate tonalnie granie i kompetentne odczytanie tego wspaniałego dzieła. Precyzyjne granie Alban Berg Quartett w połączeniu z bardzo dobrą jakością dźwięku sprawiają, że jest to mocny wybór. Prezentacja EMI jest atrakcyjna pod względem formatu i wyglądu- nowe remastery są z reguły znakomite, a te takimi są. Płyta „Schubert: The Piano Trios”, nagrana przez Beaux Arts Trio: Menahem Pressler (fortepian); Isidore Cohen (skrzypce); Bernard Greenhouse (wiolonczela), została wydana w 1984 roku przez wytwórnie Decca. Wykonanie przez Beaux Art Trio Schubert Trio #2 w E-Flat, zostało wśród krytyków muzycznych wysoko ocenione. Tria pisane przez innych- Haydna, Mozarta, Beethovena, Mendelssohna, Schumanna, Dvoraka, Czajkowskiegoi czy Brahms są doskonałe, ale i tak na szczycie umieszcza się tego typu kompozycje pisane ręką Schuberta. Stworzył tylko dwa trio fortepianowe słusznej długości oraz dwa krótsze utwory na ten skład instrumentalny. Są dwa nagrania Triów fortepianowych Schuberta zrealizowane przez Beaux Arts Trio- z lat 60. i i one są ulubionymi wersjami wybieranymi przez kolekcjonerów. Między nagraniami nastąpiła zmiana personelu skrzypcowego: Isidore Cohen zastąpił Daniela Guileta, który przeszedł na emeryturę, a dla niektórych słodszy, łagodniejszy dźwięk jest lepszy od bardziej zgryźliwego tonu Guileta. Trio Beaux Arts tworzy obraz posępny i przemyślany. Ich dbałość o frazowanie i o dynamikę jest tu tak subtelne jak to tylko możliwe, zdają się też znajdować dużą głębię. Melodyjna inwencja, wariacje tematyczne i wznowienia motywów dają wysokiej jakości nieustanną rozrywkę. Drugie kompletne trio fortepianowe, D. 898, ma bardziej słoneczny charakter i częściej jest planowane na koncerty. Zgodnie z ogólnym wzorcem, Beaux Art Trio jest bardziej zrelaksowany ale w tempach porównywalny z innymi, z wyjątkiem Andante, który jest szybszy. Cohen brzmi słodko i dźwięcznie. Wczesny jest pełen wiodącej melodii skrzypiec i falującej linii fortepianu, podczas gdy wiolonczela jedynie je wzmacnia. „Notturno” posiada prostą piękną melodię, wybrane tempa są wolniejsze niż u konkurentów, ale pozwalają łatwiej delektować się urodą utworu. W sumie więc to nagranie pozostaje najbardziej satysfakcjonującą opcją zarówno pod względem brzmienia, jak i interpretacji. Podwójny album „Schubert Music for Violin & Piano”, w wykonaniu Szymona Goldberga i Radu Lupu, to kompilacja nagrań pochodzących z sesji jakie odbyły się w Kingsway Hall w Londynie, w kwietniu 1978, sierpniu 1979 i czerwcu 1952 (nagranie mono), a wydanych przez Decca Records w 2000 roku. Peter Grahame Woolf z portalu Music Web International tak się o zestawie Decci wyraził: „Pełna rozkosz i nostalgiczna podróż. Inspirujące i wnikliwe kursy mistrzowskie Szymona Goldberga wywarły niezatarte wrażenie w Letniej Szkole Dartington dawno temu, w roku, kiedy Stravinsky i Lionel Tertis byli wśród wybitnych gości. Nigdy nie zapomniałem, jak pchnął wieko pianina i powiedział akompaniatorowi (Susan Bradshaw, później dobrze znana pisarka o muzyce rosyjskiej), że nigdy nie powinno się ograniczać jego tonu za pomocą krótkiego kija; skrzypce radzą sobie z dźwiękiem fortepianu i to od muzyków zależy osiągnięcie odpowiedniej równowagi. Cztery sonaty Schuberta były różnie publikowane jako sonaty i duety przez Diabellego z powodów komercyjnych, co było udaną sztuczką, aby nie odstraszyć amatorskich nabywców. Goldberg ma wyrafinowany, nieco delikatny ton, oszczędny w vibrato, a czasami słychać, jak smyczek prawie traci kontakt ze struną. Bardzo osobista jakość brzmienia, bez nadmiaru lub „połysku” – Goldberg z łatwością wpasowałby się w „autentyczny” styl baroku granego dziś. W jego interpretacji jest prostota, która doskonale pasuje do tych bezpretensjonalnych utworów, które cieszą się popularnością wśród kameralistów, choć rzadziej występują w publicznych recitalach. Mam szczególny sentyment do g-moll, które grałem w konkursie jako uczeń i A-dur, z jego rozległą pierwszą częścią, jedną z najpiękniejszych Schuberta. 25-minutowa Fantazja ma zestaw wariacji na temat pieśni ‘Sei mir gegrusst, delicious!’. Lupu zawsze jest idealnym partnerem w tych nagraniach z 1978 roku. Dopełnienie płyt to przekonujące wykonanie sonaty Arpeggione (mono, z 1952 r.), którą w porównywalnie niewzruszony sposób grają znakomity francuski wiolonczelista Maurice Gendron i kompozytor Jean Francaix. Pyszna Double Decca, która uświetni każdą kolekcję.” Warto kupić ten album, choćby dla „Fantazji C-dur” – naprawdę spektakularnego utworu, uważanego za jeden z najtrudniejszych do zagrania w całej muzyce kameralnej. Wykonania tego utworu Goldberga i Lupu są znakomite – warte najwyższej oceny. Sonata na Arppegione (stary instrument podobny do violi da gamba, grana tutaj na wiolonczeli) jest bardzo przyjemna, mimo że jest w wersji Mono. Jakość dźwięku na wszystkich pozostałych ścieżkach (w stereo) jest doskonała. Pianista Tobias Koch nie skupia się wyłącznie na solowej karierze, o czym wspominałem w innym artykule („nagrania jakościowo wybitne, rozdz. 48”), lecz również współpracuje z zespołami kameralnymi. Efektem takiej współpracy jest album „Schumann / Hiller: Piano Quintets” (wydany przez Avi Music we wrześniu 2015 [6]) zrealizowany w czasie sesji w 2014 roku w Robert-Schumann-Haus [7] w Zwickau z zespołem Playel Quartett Köln (Ingeborg Scheerer- skrzypce, Milena Schuster- skrzypce, Andreas Gerhardus- altówka, Andreas Müller- wiolonczela), grającym na instrumentach historycznych, podobnie jak Koch. Wyciąg z broszury płytowej przedstawia recenzje z paru magazynów muzycznych: „…Bezproblemowe łączenie utworów to oczywiście zasługa […] wybitnych interpretatorów. Tobias Koch nadaje partii fortepianu wielkie bogactwo barw i szorstki, przynajmniej bagatelizujący, pociągający ton na drezdeńskim pianoforte z 1860 roku. […]” (Kölner Stadtanzeiger) „Klems, Érard, Pleyel, Tröndlin, Streicher – Robert Schumann prawdopodobnie nigdy nie badał tak wielu różnych historycznych fortepianów jak Tobias Koch. Do swojego najnowszego nagrania Koch rozejrzał się po krewnych Schumanna i wybrał instrument Wiecka […] o dość ciemnej barwie, dźwięcznym, barytonowym brzmieniu. Wspaniale dopełnia się brzmieniem czterech strun. […] To nie jest nagranie o wirtuozowskiej, gładko wypolerowanej powierzchni. Jej urok rozwija się w czymś pod spodem, w sieci wielu drobno splecionych nici.” (Christoph Vratz, Schumann Journal) „Zawsze fascynowała mnie i pociągała szczególna konstelacja, kiedy orbity kwartetu smyczkowego i fortepianu krzyżowały się we wszechświecie muzyki kameralnej”, mówi Tobias Koch. „Aby jeszcze raz użyć często nadużywanego wyrażenia Goethego, pięcoro 'rozsądnych ludzi’ powinno ze sobą porozmawiać – nie chcąc jednak być zbyt rozsądnym: kwintet fortepianowy, najwyższa dyscyplina kameralistyki fortepianowej„ „Schubert: Zukunftsmusik – Sonatas 958, 959, 960” to płyta nagrana wspólnie z Pleyel Quartet Cologne – na instrumentach historycznych. Pleyel Quartet Cologne grają na instrumentach strunowych, a Koch na fortepianie wykonanym przez kuzyna Clary Schumanna Wilhelma Wiecka w Dreźnie, zbudowanym około 1860 roku. „Piano Quintet” Schumanna to dzieło często wykonywane i budzące wciąż zachwyt, a jeśli się posłucha kwintetu fortepianowego Hillera, można się zdziwić, że utwory tego mniej popularnego kompozytora właściwie całkowicie zniknęły z koncertowego życia, a przecież partia fortepianu jest genialna, a kwintet wydaje się żartobliwy i elegancki pomimo ogromnego jego ciężaru. Ferdynand Hiller był wśród ówczesnych kompozytorów człowiekiem, który pozostawił potomnym wiele utworów: (ponad 200 kompozycji), w tym utwory sceniczne, szereg zbiorów pieśni, różne koncerty i cztery symfonie, oprócz mnóstwa pism o muzyce, pamiętniki i ponad dziesięć tysięcy listów. Rick Anderson w New Releases for Libraries o płycie Kocha i jego przyjaciół napisał: „Przez dziesięciolecia ruch instrumentów historycznych koncentrował się na okresach renesansu, baroku i klasyki – co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że różnice strukturalne i dźwiękowe między instrumentami współczesnymi i dawnymi są tam najbardziej dramatyczne. Ale teraz rośnie zainteresowanie graniem muzyki okresu romantyzmu na instrumentach skonstruowanych i ustawionych zgodnie z XIX-wieczną praktyką, a jednym z rezultatów jest znakomite nagranie kwartetu Pleyel [Quartett Köln] z historycznym klawiszowcem Tobiasem Kochem. Tutaj Koch gra na pianoforte z 1860 roku wyposażonym w oryginalne skórzane młotki, a kwartet gra z odpowiednimi smyczkami z epoki. Powstały dźwięk wyraźnie (jeśli nie dramatycznie) różni się od tego, co zwykle słyszy się z tym repertuarem i jest bardzo atrakcyjny. Sama gra jak zawsze tej grupy jest wspaniała.” Amadeus Quartet był najbardziej utytułowanym i cenionym Kwartetem XX wieku. Korzystając z linii lotniczych i zdolności przemysłu muzycznego do dotarcia do świata, dominowali w tworzeniu muzyki kameralnej przez prawie 40 lat. Trasy koncertowe udają się jednak tylko wtedy, gdy recenzje przekazują zachwycenie, a publiczność entuzjazm. Przez prawie 40 lat Kwartet (który nazywał się „Wilczym Gangiem”) krążył po świecie, celebrował i działał jak żadna inna grupa, i nie zmienił ani jednego członka: Norberta Brainina, Siegmunda Nissela, Petera Schidlofa i Martina Lovetta. Kariera nagraniowa trwała od 1951 do 1987 roku, kończąc się dopiero śmiercią Petera Schidlofa w 1987 roku. Album „Verdi / Tchaikovsky / Smetana: String Quartets”, nagrany w Herkulessaal w Monachium, został wydany 1 października 2013 przez Deutsche Grammophon Trzy wspaniałe kwartety smyczkowe z tej samej dekady są połączone razem na tym CD zespołu Amadeus Quartet. Choć lepiej znani z nagrań repertuaru klasycznego, Amadeus zagrali Verdiego na swoim pierwszym recitalu w styczniu 1948 roku w londyńskim Wigmore Hall. Przez pewien czas nie było tego tytułu w katalogu płytowym, ale został wznowiony w roku Verdiego 2013 (obchodził swoje 200. urodziny). Włoski mistrz operowy zostawił arcydzieło w postaci kwartetu smyczkowego, gatunku, który pozornie nie jest kojarzony z kompozytorem operowym. Dzięki rocznicy melomani mogą cieszyć się występem kwartetu Amadeus grającego ten Kwartet. Wykonanie, do którego zwinnie dopasowuje się każdy instrument, jednocześnie podkreślając obecność każdego instrumentu, maksymalizuje atrakcyjność utworu. Zespół Amadeus gra go z prawdziwym zapałem i profesjonalizmem na najwyższym poziomie. Pozostałe utwory również muzycy Amadeus Quartet grają z całkowitym zaangażowaniem. Jest to jedno z ich najlepszych nagrań. Wnoszą do tych utworów wielkie ciepło. Na pochwałę zasługują inżynierowie nagrań Deutsche Grammophon. Dmitrij Szostakowicz skomponował swój Kwintet fortepianowy g-moll latem 1940 roku. Kwartet smyczkowy nr 2 A-dur został napisany w ciągu 19 dni w 1944 roku. W przypadku kwintetu, którego dwie pierwsze części noszą tytuły Preludium: lento i Fuga: adagio, kompozytor zwrócił się ku Bachu. Muzyka dopiero zyskiwała na popularności we wczesnych latach XX wieku, choć nie było jeszcze nic lepszego niż „autentyczny” styl gry z epoki baroku. Szostakowicz, podobnie jak Strawiński, był zafascynowany starymi barokowymi formami, które nagle stały się nowe i sposobem, w jaki te stare formy w naturalny sposób tworzyły nowe, w dużej mierze niesłyszane brzmienia. Szostakowicz nie posiadał wrodzonego ducha rewolucyjnego Strawińskiego. Mieszkał w tym czasie pod Moskwą, podczas gdy Strawiński bezpiecznie ulokował się w Los Angeles i w Hollywood. Szostakowicz odpowiadał przed Stalinem, podczas gdy Strawiński wojował z Waltem Disneyem (walczył wówczas z cięciami w swoim „Święcie wiosny” do filmu Fantazja). Płyta „Shostakovich: Piano Quintet, String Quartet w wykonaniu Takács Quartet oraz Marca Andre Hamelina, został wydany w 2015 roku przez wytwórnię Hyperion. Ten- omawiany, repertuar Szostakowicza jest reprezentowany przez innych znaczących muzyków, ot choćby Emerson String Quartet czy Borodin Quartet. A więc jest w czym wybierać… Tej sztuki podjął się recenzent magazynu The Gramophone: „To już drugie wspólne wydawnictwo Marca-André Hamelina i Takács Quartet. Ostatnim razem było to przy Kwintecie Schumanna; że Szostakowicza to raczej inna propozycja, choć oczywiście pianista dokonał znakomitego nagrania koncertów. Hamelin jest odpowiednio ostry w otwierającym fortepianem monologu, co sugeruje ukryty niepokój, który jest subtelniej oddany przez Argerich, ale wyższy w napięciu niż konkurencyjne nagranie Hyperion’a prowadzone przez pianistę Igora Uryasha. W miarę rozwoju pracy zdajesz sobie sprawę, że relacja między pianistą a kwartetem smyczkowym jest relacją dialogową, podczas gdy w wersji Argerich w ramach EMI jest to bardziej walka o władzę między nią a wiolonczelistą Mischą Maisky, której vibrato jest tak samo bogate jak zawsze. Fugalna część druga jest pełna bogatych kolorów w rękach Argerich i zespół, ale jest jeszcze bardziej wymownie tworzona przez smyczki Takács’ów, podczas gdy w Scherzo wcześniejsza wersja Hyperion’a brzmi nieco luźno w porównaniu z energią tutaj, Hamelin sprawia, że diabelskie światło przenika przez korytarze. Efekt jest bardziej wyrafinowany niż u Argerich, choć elektryzuje mnie zuchwała energia tej ostatniej. Być może to właśnie w Intermezzo nowa płyta punktuje najwyżej, znakomicie wycofana, podczas gdy w finale dobrze uchwycona jest dwuznaczność nastroju, połączenie napięcia i beztroski. W porównaniu z nagrodzonym Emerson String Quartet, Takácowie znajdują więcej powodów do uśmiechu w Drugim Kwartecie, wprowadzając nutę żartobliwości do otwarcia. Przez cały czas dają wielką klarowność i subtelną gamę kolorów, ale chciałem czegoś bardziej smutnego w wolnej części, gdzie Emersonowie (a jeszcze bardziej Borodin Quartet) mrowią w kręgosłupie. A w trzeciej części Walca Takács nie do końca osiągają nutę histerii najlepszych grup, choć znowu równowaga jest niezawodnie przemyślana i pięknie nagrana. Jest jednak niepokojący moment, gdy 0’45” w ostatnim utworze, gdzie wiolonczela jest wyraźnie rozstrojona.” Inni znani krytycy skupili się na tej wersji „Piano Quintet, String Quartet Gramophone: „Trudno wyobrazić sobie lepszy występ niż ten, który daje Takács Quartet i Marc-Andre Hamelin. Uważam, że w ich tutti grają szczególnie znakomicie; wielkie akordowe kulminacje w obu utworach ukazują ich absolutnie niezrównany zespół, a gra z Hamelinem w Kwintecie jest wrażliwa i dobrze oceniana. To dwie prace, które na pewno warto poznać, a Hamelin i Takács Quartet są dla nich świetnymi ambasadorami.” Sunday Times: „Muzyka kameralna wielkiego radzieckiego kompozytora jest nowością w dyskografii Takács Quartet, prawdopodobnie najbardziej wszechstronnego kwartetu smyczkowego na świecie. Tutaj nawiązują mrożący kontakt z jednym z „domowych” pianistów Hyperiona: między francusko-kanadyjską a brytyjsko-węgierską smyczkami lecą iskry.” The Telegraph: „Naturalny błysk gry i prawdziwe wyczucie zespołu to cechy, które od dawna cechują występy Takács’ów, a tutaj łączą się z niesamowitą atmosferą… zdecydowany rozmach rytmiczny i przenikliwość we wskazywaniu akcentów… [Hamelin] rozpoczyna pierwszą część [Kwintetu] zdecydowanym pchnięciem, na które zespół reaguje z wyraźną intensywnością.” BBC Music Magazine: „Niezwykle wciągające doświadczenie… Takács podchodzą do muzyki pod nieco innym kątem niż ich sowieccy i rosyjscy odpowiednicy, podkreślając bliższe niż zwykle związki z zachodnimi tradycjami muzycznymi… Niezwykle inteligentna kameralistyka Hamelina stanowi godny podziwu efekt subtelne faktury wyczarowane przez smyczkowców.” American Record Guide: „Dobre, solidne, sprawne wykonanie obu prac. Połączenie wczesnego kwartetu z kwintetem, jednym z najpopularniejszych utworów kameralnych Szostakowicza, przemawia do słuchacza, nie musi szukać dalej. Takács Quartet gra nie tyle, ile czwórka muzyków – Edwarda Dusinberre’a, Karoly Schranz, Geraldine Walther i Andrasa Fejera – ale jak jeden genialnie skoncentrowany muzyczny umysł. Trudno pobić ten rodzaj spójności, ekspresyjnego dawania i brania oraz bogatego brzmienia instrumentalnego, które tu znajdziesz. I wydaje się, że przed włączeniem mikrofonów dokładnie porównali nuty z pianistą Hamelinem. Pasuje prawie idealnie z resztą grupy. Dźwięki są doskonałe, pochlebiają zarówno smyczkom, jak i fortepianowi, który jest doskonale zintegrowany z zespołem.” [1] Według: [2] Na podstawie: [3] W oparciu o Good Music Guide [4] Na podstawie: [5] Głównie w oparciu o: [6] „Schumann- Piano Quintet”, w wykonaniu Borodin Quartet i Sviatoslava Richtera, opisałem w artykule „nagrania jakościowo wybitne (aneks)” [7] Robert Schumann Haus, w Zwickau (według: ) to muzeum w Saksonii oraz zrekonstruowane i rozbudowane miejsce urodzenia kompozytora i muzyka Roberta Schumanna. Z okazji setnych urodzin Schumanna w dniu 8 czerwca 1910 r. miasto Zwickau założyło Muzeum Roberta Schumanna. Dom, w którym urodził się Robert Schuman na Hauptmarkt, został całkowicie odbudowany po powodzi w 1954 roku i przekazany w 1956 roku jako Dom Roberta Schumanna z muzeum, salą koncertową i centrum badawczym. W ośmiu salach wystawowych muzeum prezentuje życie i twórczość Roberta i Clary (Wieck-) Schumann na największej na świecie wystawie. Pierwsza sala poświęcona jest czasom Schumanna w Zwickaum, dni studenckie w Lipsku (i Heidelbergu) są wyświetlone w salach numer dwa. Sala trzecia poświęcona jest głównie początku związku Roberta Schumanna z młodszą o dziewięć lat, już wówczas cenioną w Europie pianistką Clarą Wieck. Sala czwarta przedstawia pierwsze lata wspólnego małżeństwa w Lipsku kiedy komponował muzykę symfoniczną, kameralną i oratorium, pracę w nowo założonym Konserwatorium Muzycznym, przyjaźń z Feliksem Mendelssohnem Bartholdym. W sali piątej przedstawiony jest czas kiedy przebywał w Dreźnie. Sala szósta to okres reński. Stworzył wtedy III Symfonie („reńską”) i tworzeniu dla środowiska katolickiego. Sala siódma poświęcona jest Klarze Schumann i jej twórczości po śmierci męża oraz decydującemu wpływowi na upowszechnienie dzieła poprzez nauczanie (świadectwo powołania w Konserwatorium Hocha we Frankfurcie), pierwsze pełne wydanie dzieł Roberta Schumanna i jej żywą działalność koncertową w kraju i za granicą. W pokoju narodzin Roberta Schumanna znajduje się obecnie sala pamięci (sala ósma) z cennymi oryginałami będącymi w posiadaniu Roberta i Klary Schumannów, takimi jak fortepian Stein (patrz kolekcja instrumentów klawiszowych) czy oryginalne stojące biurko. W tym pokoju znajduje się też fortepian z manufaktury Wilhelma Wiecka. Sercem kolekcji historycznych instrumentów klawiszowych w Domu Roberta Schumanna jest fortepiano z fabryki André Steina w Wiedniu, które Friedrich Wieck zamówił dla swojej córki Clary. Ernst Rosenkranz założył w 1797 r. swoją fabrykę fortepianów, w której około 1840 r. zbudowano fortepian stołowy w sali drugiej. Friedrich Wieck często handlował fortepianami z manufaktury Rosenkranz w swoim magazynie handlującym fortepianami w Dreźnie. Istnieją dowody na to, że Clara Schumann często grała na instrumentach z tej manufaktury. Pianina stołowe były w tamtych czasach popularnymi i niedrogimi instrumentami domowymi ze względu na ich niewielkie rozmiary. Fortepian w sali czwartej (ok. 1870 r.) Ludwiga Bösendorfera, który w 1859 r. przejął firmę ojca , ma tradycyjną wiedeńską mechanikę. Zastosowanie dużych i ciężkich główek młotków odróżnia starszy fortepian Steina z wiedeńskim mechanizmem fortepianu Bösendorfera (na fotografii niżej, po prawej), co utrudnia grę, gdy jest atakowany. Od lat 70. w zbiorach Zwickau znajduje się również fortepian Wilhelma Wiecka, kuzyna Klary Schumann. Physharmonica (na fotografii wyżej, po lewej), wystawiona w sali pamiątkowej, uzupełnia kolekcję. Physharmonica jest „prekursorką” fisharmonii, w której lewy pedał służy do generowania powiewu powietrza dla dźwięku, a prawy pedał może być używany do zmniejszania głośności za pomocą zaworu zwalniającego przewiew. Aby ćwiczyć grę na organach, Robert i Clara Schumannowie wypożyczyli w Dreźnie tzw. klawiaturę pedałową, którą umieszczano pod fortepianem (lub wyżej położonym fortepianem). Klawiatura pedałowa w Domu Roberta Schumanna została prawdopodobnie zbudowana w XIX wieku i była wcześniej używana we wspólnocie Paulus w Marienthal. Dom Roberta Schumanna to miejsce z muzeum, salą koncertową i centrum badawczym, w którym można realizować różne projekty z nagraniami włącznie. Przejdź do części czwartej >> Powrót do części drugiej >> Powrót do części pierwszej >> Kolejne rozdziały:
Zobaczcie, że kiedy dopiszemy do nuty bemol C zamienia się na dźwięk Ces, czyli dopisujemy końcówkę "es". Zatem jak będzie się nazywał np dźwięk G? :) A teraz czas na zadanie! Nie będzie ono takie straszne! Spośród wszystkich nazw dźwięków (literowe, solmizacyjne, z krzyżykami i bemolami) spróbujcie ułożyć jak najwięcej
... Znawca Szacuny 45 Napisanych postów 0 Na forum 6 lat Przeczytanych tematów 5 Trening interwałowy polega na pracy w strefie niskiej intensywności naprzemiennie z wysoką intensywnością. Może być to równie dobrze trening dla osoby w podeszłym wieku polegający na 5 minutach szybszego marszu i 2 minutach wolniejszego marszu lub trening dla długodystansowca – gdzie jeden interwał trwa 5 minut, z 5 minutową przerwą. Uwaga- często w komentarzach pojawiają się sugestie, że źle definiuję i pojmuję interwały, bo „Galloway”, „Jack Daniels” („Bieganie metodą Danielsa”) lub inny autor ma na ten temat inny pogląd. Ok., proszę bardzo – przejdź się do klubu bokserskiego i zapytaj jak rozumieją klincz. Później pójdź do sekcji boksu tajskiego, w końcu do zapaśników stylu wolnego. Wszędzie usłyszysz inną odpowiedź! Dla boksera klincz to miejsce gdzie walka się kończy, na ringu zawodnik czeka na interwencję arbitra, dla tajboksera –klincz to strefa gdzie ma określony arsenał ciosów (łokciami i kolanami), zaś dla zapaśnika – klincz to podstawa wszystkiego, fundament walki i kontaktu z przeciwnikiem – miejsce wykonywania dziesiątek technik. Zapytaj ciężarowca o przysiady, później kulturystę, w końcu trójboistę. Okaże się, że każdy z nich wykonuje inaczej teoretycznie to samo ćwiczenie, w innym zakresie ruchu, w innym torze ruchu, rozstawie stóp - jedni korzystają ze sprzętu (np. bandaże), inni nie. Kulturyści mogą preferować ograniczony zakres ruchu, ciężarowcy z reguły pełny, trójboiści – wg reguł na zawodach tylko do określonej głębokości przysiadu. W końcu – trójboista położy sztangę nisko na plecach, ciężarowiec wysoko, zaś kulturysta – w jeden lub drugi sposób. Podsumowując zagadnienie interwałów: celowo szeroko nie opisuję tutaj definicji i metodyki długodystansowców. Dlaczego? Kulturyści, trójboiści, strongmeni, ciężarowcy – nie mają być biegaczami na długie dystanse. Ba, taki trening powoduje zniszczenie efektów ciężkiej pracy na siłowni – uniemożliwia budowanie masy mięśniowej – praca wytrzymałościowa indukuje rozpad mięśni, spadek testosteronu, wzrost kortyzolu – co szeroko opisywano w badaniach naukowych. poziom testosteronu spadł u 20 mężczyzn po maratonie spadł o ponad połowę (z 673 do 303 ng/dl)! Zaś poziom kortyzolu (sprawcy rozpadu mięśni) wzrósł z do 42,5 mikrograma / decylitr (µg/dl)! [1] Gwoli ścisłości – Jack Daniels [2] definiuje interwały dwojako: Przeczytaj całość na PoTreningu: Ekspert SFD Pochwały Postów 686 Wiek 32 Na forum 11 Płeć Mężczyzna Przeczytanych tematów 13120 Wyjątkowo przepyszny zestaw! Zgarnij 3X NUTLOVE 500 w MEGA niskiej cenie! KUP TERAZ
w obecnym brzmieniu 49. Tłumaczenia w kontekście hasła "w brzmieniu" z polskiego na angielski od Reverso Context: dodaje się zdanie w brzmieniu, w następującym brzmieniu, dodaje się akapit w brzmieniu, dodaje się tekst w brzmieniu, w obecnym brzmieniu. Odpowiedzi nisieczka odpowiedział(a) o 11:41 ... nie wiem, nie ma podane a co? Odpowiedź została zedytowana [Pokaż poprzednią odpowiedź] 0 0 natka34 odpowiedział(a) o 11:43 Związku z tym że kończy się przygoda HP postanowiłam trochę sprawdzić fanów. 0 0 Uważasz, że ktoś się myli? lub
Dzisiejszą bohaterką jest Joanna Mueller, poetka uhonorowana Wrocławską Nagrodą Poetycką Silesius za całokształt twórczości. Tym samym zamykam cykl odcinków podcastu poświęconych tegorocznej edycji te– Lyt til Wiersz na koniec Silesiusowego tryptyku af Wiersz na poniedziałek øjeblikkeligt på din tablet, telefon eller browser - download ikke nødvendigt.
XI. Opowieść o uczuciach, myślach i kolejach losu pewnego zbiorowiska ludzi, to niby instrument bogaty w tony rozliczne. Uderzmy w nim akord nowy, a może brzmienia jego spotęgują inne głosy i zwiążą je w harmonią jednolitą. Rzućmy okiem na przeszłość Kajetana Orchowskiego. Był on starcem przedwczesnym, schorzałym, bezsilnym, w cichych rozmyślaniach zatopionym, niekiedy zrozpaczonym, zbuntowanym przeciw czemuś niewidzialnemu. Zgwałcone znać były w istnieniu jego wielkie prawa jakieś; pomiędzy tém czem stał się, a tém czém stać się mógł, zaszedł rozdwój, który krzykliwym dysonansem brzmiał w głębi istoty jego, obranéj do szczętu z sił i energii. Miał 24 lata, gdy po stracie obojga rodziców stał się jedynym panem i dziedzicem obszernych włości orchowskich, zawiérających w sobie tysiąc dusz poddanych, miasteczko ludne i dochodne, setki włók gruntu ornego, lub pięknemi, odwiecznemi lasami pokrytego. Było to przed trzydziestu kilku laty. Dwór orchowski, jak inne podobne mu siedliska, cicho i sennie zda się stał śród okolicy; nie brzmiały w nim nawet nigdy odgłosy chwilowych, zdawkowych wesołości ale mniéj niż gdzieindzéj usnęły tu ludzkie uczucia i myśli. Ojciec Kajetana był starym wojakiem i podróżnikiem, z białemi włosami nad czołem przerzniętém szramą głęboką. Matka jego, niewiasta dość młoda jeszcze, całą siłą serca kochała małżonka i jedynego syna, ściany domu swego, wszystkich ludzi biédnych, poezyą i cnotę. Kajetan chował się w domu. Ze spółczesnych mu młodych ludzi bardzo nieliczni tylko otrzymywali publiczne szkolne i uniwersyteckie wychowanie. Młodemu Orchowskiemu przecież przysługiwały w domu rodzinnym środki wychowawcze takie, jakich pozbawioną była większość rówieśników jego. Dziecinne i młodzieńcze lata spłynęły mu pomiędzy rycerską legendą, upostaciowaną w osobie ojca jego, a czystym, poetycznym, słodkim i miłosiernym duchem matki. Dokoła rozwijającéj się istoty jego wiele było ciszy, najlżejszym nieprzerwanéj gwarem, mnóstwo marzeń w czyn niewprawianych, dużo słodyczy i poczuć, bez hartu i zapoznania się z rzeczywistością. Brak ten wszystkiego co zmężnia, utrwala, daje siły potrzebne do stąpania po ziemi, stanowił groźne, choć utajone jeszcze znamię pory owéj. Cokolwiek bądź, wielu było w okolicy ludzi żyjących, którzy pamiętali Kajetana Orchowskiego pięknym, młodym człowiekiem, z gorącym i szlachetnym ogniem w oku, z wyrazem słodyczy w koło ust świéżych, z dumą na białem czole, nie taką która grzesznie i bezmyślnie gardzi ludźmi innymi, ale taką która wypływając z poczucia sił wezbranych w piersi i głowie, mówić się zdaje o wyższych celach, o niepospolitych przeznaczeniach noszącego ją w sobie człowieka. To téż młody dziedzic dóbr orchowskich prędko i zupełnie mimowoli zdobył sobie śród sennéj okolicy pewien rozgłos. Opowiadano o nim że lubił samotność i czytywał książki, że unikał o ile mógł gwarnych i nieraz świetnych, lecz zawsze trywialnych zebrań sąsiedzkich i kawalerskich pustot, że skromny był jak dziewczyna i we dworze swym zaprowadził obyczaj szczególniéj surowy. Mówiono że zdolnym był godzinę całą w milczącéj zadumie stać przed obrazem, posągiem lub piękném zjawiskiem przyrody, — a byli nawet tacy, co utrzymywali, że przechadzając się po lesie lub ogrodzie, głośno deklamował poezye, inni zaś którzy z pewnych postępków i odzywań się jego odgadywali w nim demokratę i filantropa. — Dziwak! z przekąsem mawiali o nim jedni. — Marzyciel! uśmiechali się drudzy. — Reformator! sarkali inni. Nagle do wszystkich krążących o nim wieści przybyła jedna jeszcze: „Kajetan Orchowski kocha się!.” „W kim?” — „W żadnéj z dziewic rozkwitających pośród równych mu godnością i majątkiem rodzin szlacheckich.” — „W kimże więc?” — „Któż to zgadnie?... W pasterce jakiejś chyba, w Cygance, rusałce, ondynie. Po tak dziwacznym młodym człowieku wszystkiego spodziewać się można...” Był-to piękny dzień letni, oblany oślniéwającém światłem słoneczném, a jednak nie skwarny, z orzeźwiającemi powiewami wonnego wiatru, z rojem drobnych obłoków białych, mknących po szafirze nieba. W dniu tym młody dziedzic Orchowa należał całkiem nie do samotności, nie do poezyi, nie do marzeń reformatorskich lub artystycznych zachwytów, ale do prozaicznéj, gospodarskiéj pracy. Działo się z nim tak dniami, godzinami niekiedy. Zrana gospodarz rzeźki i wesoły, wieczorem stawał się marzycielem zadumanym i tęskniącym za czemś nieokreśloném; dziś za wzór życia obierał sobie Pana podstolego, nazajutrz gotów był z gałęzią cyprysu w ręku iść z Gustawem na nocne posępne wędrówki. Objechał dokoła orchowskie łany, przesadził strumień bystry choć wązki, zakreślający granicę pomiędzy posiadłością jego a sąsiedzką i puściwszy cugle na szyję kasztana, zwolna posuwał się drogą kręto biegnącą pomiędzy dojrzewającemi zbożami. U końca drogi, którą przebywał rozkładały się na dość obszernéj przestrzeni szare domostwa miasteczka; drobne okna ich błyszały pod promieniami słońca jak wielkie iskry, a nad dachami wiły się liczne wstęgi srebrzystych dymów. Na prawo dwa borki sosnowe nakształt skrzydeł ciemnych osłaniały niewielki dworek jakiś, roztwiérając się o tyle tylko, aby ukazać jednę białą jego ścianę i szybę stawu ocienioną gałęźmi gęstego rzędu brzóz płaczących. Ludzi nie było widać nigdzie w pobliżu; w oddali tylko majaczyły postacie niewiast wiejskich, nad zagonami lnu pochylone, od strony miasteczka dolatywał gwar niewyraźny; w gałęziach drzew przydrożnych świergotało ptactwo. Nagle w pobliżu dworku świecącego na prawo, zamigotała nad stawem postać jakaś biała, wybiegła z pod brzóz płaczących i mknęła wzdłuż ciemnéj ściany borku; za nią ukazały się dwie inne postacie, mniéjsze od niéj znacznie, potem dwie jeszcze, kilka, kilkanaście... a wszystkie z kolei wbiegły pomiędzy gęstwinę zboża i na wązkiéj miedzy rozwinęły się w sznur długi. Zdala patrzącemu wydawać się mogło, że nie biegły, lecz na fali złocistéj płynęły ku drodze. Kajetan, jadąc wciąż zwolna, przypatrywał się szczególnemu orszakowi temu, który, jak stado ptasząt, z gniazda wymknął się z białego dworku, otulonego skrzydłami ciemnych borów. Im bardziéj zbłiżał się ku drodze, tém wyraźniejsze odgłosy śmiéchów i szczebiotów dziecięcych rozbrzmiewały w cichém, czystém powietrzu. Po chwili wyróżniła się postać orszakowi przodująca. Była to postać dziewczęcia, w białéj sukni perkalowéj, w słomianym kapeluszu, z pod którego spływały dwa długie, płowe warkocze. Za nią biegły dzieci; z tych dwoje blade i chorowite miało twarzyczki, a ubrania ich świadczyły o pochodzeniu szlacheckiém; inne, z pyzatemi, rumianemi policzkami, w koszulkach grubych lub sukiennych kaftanach, pochodziły widocznie z wioski jakiéjś, z téj może, któréj parę chat szarych wychylało się z za ciemnych sosen ocieniających dworek ze stawem. W pobliżu drogi, w małej wklęsłości gruntu, wysoką trawą pokrytéj, rosło kilka grusz starych i rozłożystych. Był to rodzaj altany, przez samę przyrodę zasadzonéj, cienistéj, chłodnéj, szumiącéj zcicha gęstym liściem, który splatał się u góry w przezroczyste sklepienie. Dziewczyna w białéj sukni wbiegła pomiędzy stare grusze i usiadła w ich cieniu. Zdjęła z głowy kapelusz, a rzucając go na trawę, wyciągnęła ręce ku dzieciom, które gwarnym rojem napełniły altanę. To téż drobna gromadka w mgnieniu oka skupiła się przy niéj. Twarz miała ściągłą, o liniach niewysłowionéj słodyczy, kibić wysmukłą, w kształtach swych drobnych mającą cóś dziecinnego i przedziwnie dziewiczego zarazem. Z przezroczystą skronią wspartą na dłoni, siedziała teraz biała i spokojna, z łagodném światłem w oczach i z bladoróżowemi ustami, nawpół otwartemi uśmiechem. W oczach tych było trochę zamyślenia, a w zarysie warg uśmiechniętych błądziła linia smutku. Młody Orchowski zbyt dobrze znał rodzinną swą okolicę, aby mógł nie domyśleć się kim było to zjawisko, które w téj chwili wzrok jego do siebie przykuwało. Wiedział, że dworek ze stawem, pomiędzy dwoma borami stojący, nazywał się Białowolą i należał do rodziny, któréj nikt prawie nie znał zblizka, ale o któréj dziejach dziwne prawiono rzeczy, niby o szczególném zbiorowisku nieszczęść różnych, prześladowań losu, kaléctw, chorób, wczesnych śmierci. Domyślił się z łatwością, że dziewczyna z uśmiéchniętemi usty i smutném okiem była wnuką obecnego dziedzica Białowoli; o istnieniu jéj bowiem zasłyszał był tu i owdzie cóś niewyraźnego i niedobrze zapamiętanego. Pomimo blizkiego sąsiedztwa, nie widział jéj dotąd nigdy. Teraz, nie mógł oderwać od niéj wzroku. Zdawało mu się, że ona jest promieniem wydzielającem się z tego morza blasków, które świat zalewało, jednym z kwiatów, których tyle barwiło się dokoła, najsmuklejszym z nich tylko i najbielszym, nawpół lilią zadumaną, nawpół różą wykwitającą z polnego kwiatu.... Zatrzymał naprzód konia na uboczu, pod cieniem jednéj z wierzb przydrożnych; potém pojéchał daléj, a gdy zrównal się z altaną, młoda dziewczyna, usłyszawszy zapewne tentent konia, spojrzała ku drodze. Ale widok pięknego i młodego jeźdźca nie sprawił na niéj widocznie żadnego wrażenia, ciekawą znać nie była i nie wyglądała w życiu swem romantycznych przygód. Na kolanach jéj siedziała w téj chwili jedna z dwóch dziewczynek o chorowitych, bladych twarzyczkach. Musiała to być siostra jéj mała, albo siostry córka, bo jpodobną do niéj była ze ściągłych rysów twarzy i z błękitnych oczów. Dziewczyna obejmowała dziecię ramieniem, rozgarniała mu włosy nad bladém czołóm i w wychudłéj twarzy topiła spojrzenie nieskończonéj troskliwości. W téj chwili już młody jeździec nie porównywał jéj w myśli ani do promienia, ani do kwiatu. Dziewicza jéj postać przybrała teraz wyraz dojrzałéj kobiécości; w spojrzeniu jéj zwróconém na dziécię chorowite, było cóś macierzyńskiego, co nakazywało głęboki szacunek. Orchowski odjechał, ale od dnia tego codziennie prawie można go było widziéć idącego lub jadącego drogą wiodącą ku miasteczku i okrązającą dworek ze stawem. Patrzył w stronę dworka i zdawał się oczekiwać ztamtąd czegóś; ale oczekiwania długo były daremne, białowolska dziewczyna nie przychodziła już z gromadką swą pomiędzy stare grusze polne, albo on może przybywał tam wtedy zawsze, gdy jéj nie było.... Zobaczył ją znowu zblizka w pewien dzień jesienny, mglisty nieco i chmurny. Była sama jedna. Zamiast słomianego kapelusza, miała na płowych włosach chusteczkę czarną, a zamiast białéj letniéj sukni, kibić jéj smukłą okrywało ciemne wełniane ubranie. Gdy nadchodził, zbliżała się właśnie ku drodze ścieżką, wijącą się pomiędzy ściernią zczerniałą od mgły i deszczów. Uczuł się wzruszonym jéj widokiem więcéj może, niż tego się spodziewał. Stanął, ukryty nieco za przydróżném drzewem, i patrzył na nią. Szła zwolna, z głową pochyloną; w rękach niosła długi wieniec, upleciony z białych nieśmiertelników i barwinkowych liści. Zatrzymała się i zarzuciła wieniec na ramiona nizkiego krzyża, który grubo wyciosany z drzewa, wznosił się na małém wzgórzu, u końca ścieżki. Gdy to czyniła, wielkie, błękitne oczy jéj wzniesione ku niebu, napełniły się wyrazem gorącego błagania. Stała tak chwilę, ze wzrokiem utopionym w wysokościach, z niememi modły zawieszonémi na milczących wargach. Potém osunęła się zwolna na ziemię, splotła przed sobą dłonie, skroń oparła o stopy krzyża i przymknęła powieki. W nieruchoméj postawie jéj, na twarzy bladéj i przezroczystéj, spoczywało piętno głębokiego, nieprzezwyciężonego zmęczenia. Smutek cichy i pokorny błądził na jéj ustach bladych i drobnych. Dosyć było wtedy raz spojrzeć na nią, aby poznać, że na rozkwitającéj młodości téj zaciężyły już srogie doświadczenia trudów i cierpień. Cisza i pustka panowały dokoła, nie widać było nigdzie żadnéj istoty żyjącéj; przyroda nawet bez barwy, bez głosu, zdawała się spoczywać w omdleniu pomiędzy szaremi chmurami, zwolna sunącemi w górze, i między ciepłemi, gęstemi mgłami, wiszącemi u dołu. Po chwili dopiéro od strony pól pustych przypłynął głos jakiś oddalony. — Franiu! Franiu! wołała niewidzialna jakaś istota ludzka. Imię to, powtórzone dwa razy przeciągle, zabrzmiało w powietrzu, a słabe echo powtórzyło je po raz trzeci pod ścianą boru. Dziewczyna spoczywająca u stóp krzyża otworzyła oczy, szybko podniosła głowę i zdawała się słuchać z uwagą. — Franiu! raz jeszcze i z mniejszego już oddalenia zawołał głos. W brzmieniach jego przeciągłych, jękliwych nieco, dźwięczała niby skarga użalającego się dziecka i nieskończona słodycz serca przyzywającego ku sobie istotę ukochaną. Młoda dziewczyna jak sprężyną ruszona, porwała się z ziemi. Stanęła wyprostowana, widocznie czegoś nagle zaniepokojona, i patrząc w stronę z któréj brzmiało wołanie, zawołała także: — Jasiu!... Głos jéj srebrzysty był i tak jak kształty ciała dziecinny prawie, a jednak przeciągle i donośnie rozległ się dokoła. Odpowiedzią na jéj wołanie był okrzyk niewyraźny, choć donośny. Brzmiała w nim radość kogoś, co znalazł nakoniec to czego szukał. Zarazem z pomiędzy karłowatych wierzb, porastających małą poblizką łączkę, wysunęła się na pole postać na piérwszy rzut oka dość dziwna. Był-to mężczyzna z twarzą ciemną, w odzieniu poplamioném kurzawą i błotem. Oczy miał takie same jak młoda dziewczyna, wielkie i błękitne, ale szeroko roztwarte, zagasłe, jakby martwe i najlżéjszym promieniem myśli przytomnéj nieożywione. Wiek jego trudno było poznać. Twarz wyglądała staro i pooraną była zmarszczkami, ale głowę okrywały włosy ciemne, kędzierzawe i gęste. Na włosach tych splątanych piętrzyło się cóś nakształt olbrzymiego wieńca, bezładnie splecionego ze zżółkłych liści i suchych badyli polnych. W ręku trzymał giętką gałąź wierzby, okrytą gęstym, uwiędłym liściem. Ujrzawszy postać tę, młoda dziewczyna postąpiła szybko kilkanaście kroków. — Jasiu! Jasiu! wołała idąc i przyśpieszała kroku, jakby w obawie, aby wołający nie zwrócił się w inną stronę i nie umknął. Ale on szedł prosto ku niéj. Obłąkane oczy jego nabrały na widok jéj wyrazu dziecinnéj radości, a usta zwiędłe otwierały się wsród zmarszczonéj twarzy głośnym, nieprzytomnym śmiéchem. Spotkali się u skraju nizkiéj, wilgotnéj łączki. — Gdzie byłeś, Jasiu? spytała młoda dziewczyna, ujmując ciemną, grubą rękę obłąkanego. Zadawała pytanie to głosem łagodnym, ale ze spojrzeniem poważném i twarzą nierozjaśnioną uśmiechem. Powaga ta i badawcze spojrzenie dziewczyny zdawało się sprawiać obłąkanemu przykrość niewymowną. — Nie gniéwaj się, Franiu! zaczął mówić jękliwym, żalącym się głosem. Jaś poszedł znowu do lasu i siedział w lesie długo... długo... rok... dziesięć lat... sto lat.... i słuchał co drzewa gadają, i patrzył na te wielkie, białe ptaki, co tam w górze płyną... płyną... Dziewczyna wiodła go za rękę ku ścieżce. — Nie gniewaj się, Franiu, powtarzał obłąkany. Jaś nigdy już więcéj tego nie zrobi... nie pójdzie do lasu, będzie siedział w domu i myślał o tém, jak mu dobrze było wtedy kiedy żył... Teraz on już nie żyje... rozum poleciał tam, gdzie te wielkie białe ptaki latają, a jego do ziemi pochowali... razem z Klemunią... z siostrą naszą Klemunią, która była taka dobra i taka śliczna, a teraz śpi tam pod sosnami... Gwarzył tak długo i głośno, idąc przez pole i potykając się o zagony, mówiąc o sobie, niby o jakiejś innéj istocie, która żyła kiedyś, a patrząc na białe sunące w górze obłoki, które nazywał „wielkiemi ptakami.” Dziewczyna wiodła go wciąż za rękę i w milczeniu słuchała posępnych wyrazów waryata. Stanęli już teraz na ścieżce ku dworkowi wiodącéj. — Ach! krzyknął waryat, to naszę chatę widać. Jest tam i Frania?... — Ja tu jestem, przy tobie, Jasiu! — Tu?... A prawda, to dobrze... pójdziemy do lasu. Mówiąc to, zwrócił się znowu ku łączce porosłéj wierzbą i towarzyszkę swą pociągnął za sobą. Ale ona oparła się ciągnącéj ją ręce jego z dziwną mocą. Stanęła silnie na drobnych swych stopach wsparta, podniosła głowę i patrząc mu prosto w twarz, rzekła ze spokojną mocą. — Pójdziemy do domu. Przez chwilę zdawać się mogło, że pomiędzy obłąkanym tym człowiekiem a młodziuchną, wątłą dziewczyną stoczy się walka trudna i bolesna. Martwe dno źrenic jego zaniepokoiło się, strzeliła z nich błyskawica dzikiego zniecierpliwienia. — Pójdź do lasu! zawołał i usiłował znowu pociągnąć ją za sobą. Ale ona nie ruszyła się z miejsca ani krokiem.... Siły jéj, fizyczne nawet, wyćwiczone znać były do walki i oporów. — Pójdziemy do domu! powtórzyła tym samym głosem stanowczym, a błękitne jéj oko, w téj chwili przenikliwe, badawcze, bez drgnienia powieki tonęło we wzburzonych źrenicach obłąkanego.... Zwyciężyła go... Pochylił głowę przed jéj spojrzeniem, jak dziecko przez matkę skarcone, i poszedł za nią na ścieżkę. Ona szła przodem, nie oglądając się nawet, pewna znać że pójdzie za nią. Szli krętą ścieżką ku dworkowi. W połowie drogi obłąkany zawołał znowu: — Franiu! I nie zważając na to, że szła o parę kroków przed nim, powtarzał wołanie co sekund kilka. Wymawianie jéj imienia zdawało mu się sprawiać przyjemność niezmierną, bo wywoływał je na różne tony, cichsze i głośniejsze, brzmiące to prośbą, to skargą. Imię to brzmiało w powietrzu i obijało się o uszy zamyślonego i zasłuchanego śród drogi Kajetana wtedy jeszcze, gdy dziwna para, okrążywszy stawek, zniknęła z gęstwiny brzóz płaczących i za spłukaną od jesiennéj wilgoci ścianą białego dworku! Wkrótce potém nastąpiła zima. Nad słomianym dachem białowolskiego dworku unosiły się wstęgi szarych dymów, niby tchnienia roznieconego w jego ścianach domowego ogniska. Przed dworkiem leżała kryształowa szyba zamarzniętego stawu, a rzędy brzóz płaczących i ciemne skrzydła borów stroiły się wokoło niego w śnieżne puchy i brylantowe szrony. Młody Orchowski coraz rzadziéj ukazywał się na drodze wiodącéj w pobliżu dworku ku miasteczku. Świat sąsiedzki, więcéj niż kiedykolwiek w zimie téj rozbudzający zabawami żywot swój senny, wyrwał go nakoniec ze starych ścian domu i starał się jaknajbliższą zawiązać z nim znajomość. Znajomość ta jednak do wzajemnéj przyjaźni nie przywiodła. Głośniéj jeszcze niż wprzódy okrzyknięto dziedzica dóbr orchowskich marzycielem i oryginałem. Opowiadano o nim, że wśród zebrań licznych, dla wesołéj zabawy zgromadzonych, rozpoczynał poważne dyskusye o celach życia, obowiązkach, o nauce, rolnictwie i przemyśle; że najpiękniejsze i najbogatsze z dziewic okolicy nie mogły zwrócić na siebie uwagi jego wdziękami ni strojem; że mówił głośno, jako małżeńskich związków nie zawrze inaczéj, jeno ze szczerą miłością w sercu i nie z kim innym, jeno z kobiétą która zrozumie żądania serca jego i umysłu i dopomoże mu do spełnienia planów, jakie zakreślił dla swéj przyszłości. Jakiemi były te plany i co właściwie miały one na celu? nie wypowiadał tego dokładnie i otwarcie przed nikim. Domyślano się rzeczy różnych, przedsięwzięć jakichś gospodarskich, przemysłowych zakładów, filantropijnych urządzeń. Byli i tacy, którzy dowodzili, że młody pan na Orchowie gorącą miał głowę i serce szlachetne, ale czego żądał od życia i siebie samego, sam jeszcze nie wiedział dobrze. Niekiedy do wnętrza domu jego zaleciał jęk biédy jakiejś, skarga czyjegoś cierpienia. Zrywał się wówczas i niewołany biegł tam, gdzie go potrzebowano, otwiérał dłoń i serce... Potém czytywał znowu poezye, wpatrywał się godzinami w pozostawione sobie przez przodków piękne dzieła sztuk i... marzył. W owéj to porze któś rozumny i doświadczenie życia posiadający powiedział o nim: — Gdyby tak teraz młodzieńcowi temu nie zbrakło ręki kierowniczéj, walki o byt, choćby własny, trudu koniecznego, codziennego... gdyby mu teraz obywatelskie dać posłannictwo!... O Białowoli Orchowski zapominał całemi tygodniami, miesiącami; niekiedy zaś, nagle, przed wzrokiem wyobraźni jego stawała smukła, błękitnooka dziewczyna, piastująca na kolanach swych blade, wychudłe dziecię, albo rozmodlona u stóp krzyża, z przymkniętą w zmęczeniu powieką, albo jeszcze wiodąca ku domowi waryata zwieńczonego liśćmi i rzucającego echom dźwięki jéj imienia: Franiu! Franiu! Piérwsze skowronki wiosenne unosiły się nad polami: powietrze ciepłe przesiąknięte było mocną wonią rozgrzanéj ziemi; przydrożne drzewa okrywało rozpuszczające się w liść pękowie, gdy Kajetan Orchowski szedł w stronę miasteczka. Wyglądał jak człowiek, który ma głowę pełną zamiarów, nadziei i marzeń. Nagle stanął i wzrokiem uważnym, rozpromienionym patrzył na zbliżającą się ku drodze młodą dziewczynę. Była to Frania. W chwili gdy spostrzegł ją idącą po wązkiéj miedzy, pochyliła się właśnie ku ziemi i zdawało się że przemówiła słów kilka do kogoś niewidzialnego. Nie otrzymała znać odpowiedzi, i z ust jéj wyrwał się okrzyk lekki. Usiadła śród zoranego zagonu, zdawała się z trudnością podnosić z ziemi ciężar jakiś. Podniosła go wreszcie, powstała i szła ku drodze bardzo powoli, cała zajęta tém czémś, co niosła w objęciu i co utulała pod swém wełnianém, ciemném okryciu. Po kilkunastu jednak krokach sił jéj zabrakło widocznie. Stanęła oparta o jedną z grusz owych, które w pobliżu drogi tworzyły altanę, i potoczyła wzrokiem dokoła. Wzrok ten wyraźnie szukał pomocy. Orchowski stał już przy niéj. — Przebacz pani, rzekł głosem wzruszonym nieco, ale wydało mi się, że pani potrzebujesz pomocy. Na widok tego nieznanego pięknego młodzieńca nie zarumieniła się, nie zmieszała; znać było, że ani na jednę sekundę nie pomyślała o saméj sobie. Cała uwaga jéj i pamięć skupione były nad tém, co w zmęczoném objęciu swém trzymała. — O! jakież to szczęście żem spotkała tu kogoś! rzekła. Nie miałabym dłużéj siły nieść tego dziecka. — Dziecka? ze zdziwieniem powtórzył Kajetan. — Tak, odpowiedziała młoda dziewczyna, znalazłam je na miedzy, nawpół umarłe od głodu i zimna.... Mówiąc to, rozchyliła sukienne okrycie, a młody Orchowski ujrzał cztéroletniego mniéj więcéj chłopaka, w grubéj koszuli, zaledwie okrytéj podartym łachmaném. Dziecię to zsiniałe było od zimna, wychudłe widocznie z głodu; oczy miało zamknięte, co nadawało mu pozór nieżywego, a wkoło głowy włosy gęste jak las, kędzierzawe, ze słomą i kurzawą zmieszane. Ognista barwa włosów tych i pewne linie znędzniałéj twarzy zdradzały jego pochodzenie. — To dziecię żydowskie! zawołał Kajetan. — Tak, spokojnie odparła dziewczyna, to jedno z pietnaściorga dzieci krawca Judela. — Z pietnaściorga dzieci! powtórzył znowu Orchowski. — Judei ma pietnaścioro dzieci; biédny to bardzo człowiek. W tym roku szczególniéj nędza u nich jest straszna. Zamieniali słowa te, idąc drogą do miasteczka wiodącą. Orchowski złożył nawpół nieżywe dziecię na bryczce swéj, która nadjechała, a teraz szedł obok młodéj dziewczyny i słów jéj słuchał z pewném zdziwieniem. — Zkąd pani wiész to wszystko? zapytał. Spokojny uśmiéch okolił blade jéj usta. — Mieszkam o pół wiorsty ztąd, rzekła, wskazując białowolski dworek; urodziłam się tu i wzrosłam... znam wszystkich prawie mieszkańców miasteczka. Orchowski z coraz większem zajęciem patrzył na delikatny profil jéj twarzy, którego białość podnosiły okalające go czarne fałdy chusteczki. Weszli w błotnistą ulicę miasteczka, z dwóch stron szaremi domostwami obudowaną. Orchowski zwrócił się do woźnicy swego z zapytaniem: — Czy wiesz gdzie mieszka krawiec Judel? Woźnica wzruszył ramionami, na znak niewiadomości. — O! podchwyciła Frania, ja dobrze znam mieszkanie Judela. Każ pan zwrócić konie na prawo.... tu w tę uliczkę. W głębi najwęższéj, najbłotnistszéj ulicy miasteczka, stała chata stara, niemal waląca się, z dwoma okienkami dotykającemi nieledwie ziemi. Za jedném z okienek tych, po przez szyby drobne, popękane, szare od pyłu, ludzie przechodzący błotnistą uliczką, widywali od lat dwudziestu może Żyda o twarzy pociągłéj, bladéj, bez zarostu, lecz ocienionéj gęstemi, rudemi włosami, przykrytemi znoszoną jarmułką. Żyd ten codziennie, z wyjątkiem jednych tylko dni sabatu, siadywał przed wązką deską na dwóch klocach wspartą i kawałkami materyi różnego gatunku zarzuconą. Deska ta była stołem; kawałki materyi sztukami płócien lub sukien, zużytych najczęściéj wielce, a tanich zawsze. Żyd siedzący przed stołem tym piérwotnéj prostoty, u okna przez które słabym zaledwie odblaskiem przebijać się mogło światło dzienne, był krawcem. Na imię mu było Judei, a współwyznawcy tylko wiedzieli, że miał on także nazwisko Makower. Od godziny szóstéj z rana do północy, a czasem i dłużéj, Judel szył; wieczorami z za szyb mętnych połyskiwał mały płomień łojówki, która paliła się na stole i żółtym połyskiem obléwała czoło Żyda, nad robotą schylone. Czoło to okryte było skórą zmiętą jak stara karta pergaminu; rysowało je mnóstwo kres i zmarszczek, nie przez lata jednak utworzonych, bo podówczas Judel znajdował się jeszcze w wieku zamęzkiéj dojrzałości. Twarz jego na piérwszy rzut oka wydawała się prawie bezmyślną, gapiowatą i bardzo pokorną; ale po bliższém przyjrzeniu się spostrzedz można było w oczach jego, szeroko zawsze roztwartych, utajone światło ciągłéj niemal wewnętrznéj ekstazy, a wkoło warg cienkich bezbarwnych, linią taką, w jaką zarysowują się zwykle usta tych, którzy cierpią wiele, nie wiedząc o tém sami i nie zdając sobie z tego sprawy. Była to twarz wyrobnika rąk, z duszą utopioną w niemych medytacyach. Szył i dumał, i od czasu do czasu oczy odrywając od roboty, podnosił je w górę, poprzez szyby mętne, szukając pomiędzy obłokami czegoś niewidzialnego. W przedsabatowe wieczory i dnie sabatowe nie siadywał już nad stołem ale stał; na ramionach miał kawał czarnego sukna z białemi szlakami, a przed sobą grubą księgę roztwartą. Wysoka, chuda postać jego chyliła się wtedy, niby trzcina pod powiewem gwałtownego wichru, naprzód i w tył, a przez okienko chaty wypływały na ulicę dźwięki głosu jego, niby gama długa, przechodząca od szeptów nabrzmiałych westchnieniami, do ekstatycznych wykrzyków miłości i jękliwych wołań o pomoc. Miasteczko Orchów zaludnione było w większéj części przez Izraelitów ale powszechnie uznaném zostało, że żaden z nich nie pracował tak nieustannie, nie modlił się tak gorliwie i nie mówił tak mało, jak krawiec Judel. Powiadano także iż żaden z nich nie był tak łagodnym jak on, ani.... tak biednym. Za szybami okienek rozlegały się zrazu płaczliwe krzyki jednego dziecka, potem dwojga, trojga, kilkorga, aż nakoniec przyszedł czas, w którym chata napełniła się taką wrzawą dziecinnych głosów, śmiejących się, płaczących i o chléb wołających, że słychać je było w oddalonych punktach miasteczka. Niekiedy liczna gromadka, wnętrze chaty napełniająca, rozsypywała się nazewnątrz. Dzieci Judela napotkać można było wszędzie: na ulicach i rynku miasteczka, śród pól które je otaczały, po wioskach sąsiednich, przed karczmami miasteczkowemi i przydróżnemi. Tułało się to po miejscach różnych, w grubych koszulinach, u piersi rozwartych, zamiast sukien w łachmanach brudnych i podartych z drobnemi twarzami, otoczonemi gęstwiną rudych włosów. Żadne z nich jednak nie prosiło o jałmużnę. Judel nie prosił także nigdy o nic nikogo, prócz Boga, którego wzywał wielkim głosem w dnie sabatowe, miotając się nad księgą modlitw i chude ręce od chwili do chwili podnosząc w górę. Szył on, szył, szył, nie jak, człowiek, ale jak machina, bez pomocnika, bez żywego ducha, coby mu śród pracy towarzystwa dotrzymywał, tocząc wciąż z samym sobą rozmowy wewnętrzne, które w bladych źrenicach jego odbijały się światłem ducha rozegzaltowanego wśród milczenia ust i... głodu ciała. Roboty wykonane roznosił sam po domach miasteczka i po dworkach sąsiednich, oddalonych o wiorstę, dwie, o milę czasem i więcéj; nie siadał nigdy na wóz żaden, chodził pieszo i szybko bardzo, z głową pochyloną, z oczami wpatrzonemi w ziemię i ze szczególnym jakimś uśmiéchem na ustach. Obuwie na nogach miéwał zawsze podarte i liczne dziury w długim chałacie. Przyszedł nakoniec rok pewien, w którym zdarzyły się trzy wypadki, mające ścisły związek z bytem Judela. Najprzód do kilkunastu głosów dziecinnych, wrzawą napełniających chatę krawca, przybył głos jeden jeszcze — nowo urodzonego dziecka. Było to dziecko piętnaste z rzędu. Następnie przed próg chaty wychodzić przestała Żydówka, ze śniadą, pomarszczoną twarzą, która była żoną Judela i gospodynią chaty. Legła ona w ciemnym kącie izby, wśród spłowiałych poszewek starych piernatów, ubezwładniona chorobą ciężką i długą. Nakoniec do miasteczka przybył krawiec drugi, osiadł przy głównym placu i wywiesił nade drzwiami mieszkania swego szyld, na którym wymalowana była bombiasta suknia krwawego koloru i wielkiemi literami stały wypisane słowa: Krawiec damski i męzki z N. Nowy przybysz był także Izraelitą, ale młodym, rzeźkim, obrotnym i przebiegłym. Uczył się krawiectwa w N. i to mu odrazu zjednało reputacyą głośną; przybrał sobie dwóch pomocników i zagarnął całą robotę z miasteczka i okolicy. Wtedy rzadko już tylko widzieć można było Judela szyjącego. Siadywał on zawsze nad deską stół przedstawiającą, ale zamiast dawnych kawałków materyi, miewał przed sobą tylko motki nici białych i czarnych, nożyce i igielnik stalowy. Przyrządy te leżały nieporuszone dniami, tygodniami; Judel siedział bezczynnie, z łokciami opartemi o deskę i z pergaminowém czołem ukrytém w dłoniach. Przepędzał tak godziny całe, milcząc, myśląc, niekiedy usypiając pod ciepłą pieszczotą słonecznego promienia, który ukradkiem jakby wnikając przez szyby mętne, złotą nicią połyskiwał na zrudziałéj jarmułce Żyda, przebywającego bezrobocie. We wnętrzu chaty nie błyskało już teraz nigdy żadne światełko, zrana nie płonął tam ogień na kominie, a wieczorem nie zapalała się łojówka. Od kilku miesięcy najmniéjszy dymek nie ukazał się nad dachem chaty, wklęsłym i dziurawym. Nie gotowano już tam strawy. Najstarsza córka Judela, Sara, wychodziła od czasu do czasu i powracała z bochenkiem chleba czarnego i kilku cébulami, które starczyć miały rodzinie całéj na tydzień i dłużéj, bo przez czas tak długi nikt już więcéj nie opuszczał chaty i nikt nic nie kupował. Pewnego jednak dnia wiosennego przez próg chaty przepełzało na ulicę cztéroletnie dziécię. Chciało wstać na nogi.... nie mogło. Słabe było i jakby oniemiało, bo nie wydało z siebie głosu żadnego, na czworakach powlokło się ulicą. Świéży powiew wiosenny orzeźwił je znać nieco, bo na skraju miasteczka mogło stanąć na nogi i iść. Poszło téż w pole. Chudą rączyną opierało się o płoty i krzaki, nierozgrzane jeszcze po chłodach zimowych, potykało się o każdą najmniéjszą chropawość grantu, padało, podnosiło się znowu, pełzło lub szło — aż zniknęło śród świéżo pooranych zagonów. Poco dziecię to puściło się na wędrówkę po miasteczku i polach? Któż wié? Wiedzione instynktem istoty głodnéj i zziębniętéj, szukało może pożywienia, lub promieni słońca. Wnętrze chaty zawierało sionkę ciemną i izbę z dwoma okienkami. Izba była tak mała, że na piérwszy rzut oka nikt nie mógłby się domyśleć, jakim sposobem mieściło się w niéj tyle istot żyjących. Była to jedna z tajemnic przestrzeni, znanych dobrze ludziom, którzy zajmują śród niéj miéjsce jakby kradzione, przemocą wydzierane. Czego nie udzielała tam długość i szerokość, to brano od wysokości. Wszystkie cztéry ściany od podłogi do sufitu okryte były wprawionemi w nie drewnianemi półkami. Półek tych było czternaście, a każda z nich przedstawiała miéjsce spoczynku dla jednego dziecka, tak iż wszystkie one leżały w dzień, a spały w nocy jedno nad drugiém, wyniesione nad poziom i zawieszone jakby w powietrzu, nakształt ptaków śpiących po gniazdach do drzew poprzylepianych. Tylko że gniazda ptasze pływają śród czystego powietrza, szumu liści zielonych i blasków słonecznych, tu zaś atmosfera duszna była i cuchnąca, a pośród mroku gęstego rozchodziły się płacze, stękania i ciężkie, chrapiące oddechy. Z odgłosami temi łączyły się od czasu do czasu jęki choréj Żydówki, leżącéj w ciemnym kącie, áród spłowiałych piernatów. Jęcząc, wyciągała rękę wychudłą, zżółkłą i poruszała nią kołyskę z łozy uplecioną, zwieszającą się na sznurach przyczepionych do belki zczerniałego sufitu. Jęki swe przerywała śpiewem drżącym i chrapliwym, którym uśpić starała się krzyczące z głodu piętnaste dziecko.... Ojciec rodziny téj siedział, jak zawsze, u okna nad deską: — obu rękami trzymał się za głowę i przechylając postać swą w obie strony, milczał lub téż w kształcie śpiewu jakiegoś zawodził. Nie odwracał głowy ku izbie dlatego może, aby nie widziéć dzieci stękających i chrapiących na półkach i nagiego, żółtego ramienia, które wychylało się z ciemnego kąta i poruszało sznurami kołyski. W téj chwili otworzyły się na oścież drzwi chaty i stanęła w nich młoda dziewczyna, w czarnéj chusteczce na płowych włosach, z dzieckiem łachmanami okrytém w objęciu, a za nią młody mężczyzna. — Panie Judel, rzekła, postępując w głąb izby, przynoszę ci Mendelka, który spał śród pola na miedzy. Judel zerwał się na równe nogi i stał z széroko otwartemi oczami i z drgającemi usty. Na półkach zrobiła się cisza wielka. Ustały chrapania i stękania. Dokoła ścian pod sufitem i nad podłogą, podnosiły się drobne głowy okryte mszystemi, roztarganemi włosy, i trzynaście par osłupiałych oczu błyszczało śród zmroku. W ciemnym kącie nagie ramię opuściło sznury kolébki i natomiast wyciągnęło się ku drzwiom. — Mendelkie! zawołał z głębi piernatów głos chrapliwy, oj! oj! Gdzie on był? czego on poszedł? Może on już umarł, może już nie żyje? Judel obudził się nagle z odrętwienia. Blade jego, cierpiące i zadumane źrenice tkwiły to w twarzy młodéj dziewczyny, to w licu pięknego pana, to przenosiły się znowu na zsiniałe rysy dziecka, nad którém z troskliwą dłonią i litośnym uśmiechem pochylała się Frania. Nagle wyprostował się, oczy jego zapłonęły i łzawe a błyszczące wzniosły się w górę; na wargach bladych zadrżał uśmiéch pokorny i zarazem zachwycony. Podniósł wskazujący palec ku kawałkowi nieba, widniejącemu przez drobne, popękane szyby, i wielkim głosem zawołał: — Niech jasnym państwu wynagrodzi to Bóg! Ja biédny Żyd i dzieci moje biédne, głodne robaki, ale przed Nim my wszyscy równi. Niech on jasnym państwu tego tak nie zapomni jak ja nie zapomnę! Opuścili chatę biédnego Żyda i zwolna szli ulicami miasteczka. Orchowski konie swe odesłał do domu. Zaniechał już zamierzonéj zrana wycieczki; cała myśl jego, wszystkie jego uczucia były przy młodém dziéwczęciu tém, które postępując obok niego, opowiadało mu dzieje każdego prawie domostwa, jakie mijali. Znała tu wszystkich i ją wszyscy znali. Gospodarne mieszczki, o twarzach ogorzałych, Żydówki na progach domostw piorące bieliznę lub piastujące drobne dzieci, pozdrawiały ją skinieniem głowy i uśmiéchem. Dzieci biegły ku niéj i ze szczebiotem wieszały się u jéj sukni; ojcowie rodzin mieszczańskich odkrywali przed nią głowy i wiedli za nią przyjaznym lub wdzięcznym wzrokiem. Ona opowiadała towarzyszowi swemu kim byli ludzie ci, jak nazywali się, czém się trudnili, w którém domostwie była biéda jaka: ubóstwo, siéroctwo, brak zarobku, choroba. Orchowski przysłuchiwał się jéj ze zdziwieniem. Była śmiałą tą przedziwną śmiałością myśli niewinnéj, która nic nie rojąc dla siebie saméj, żadnych osobistych planów nie snując, trwóg i pożądań nie żywiąc, obawiać się nie ma czego. Mówiła, tak jak śpiéwa ptaszę, bez namysłów, wysileń ni wahań się, ale w mowie jéj przebrzmiewała dusza ludzka kochająca, żądna dobra i harmonii, ciężkiemi próbami życia myśléć nauczona. W głowie i w piersi Kajetana wrzało. Zapomniał na chwilę że idzie z młodą, wdzięczną dziewczyną, ku któréj uczuwał pociąg niewymowny, a zdawało mu się jakoby wszystkie dobre głosy, które nosił w sobie, podnosiły się z dna jego istoty i przemawiały teraz do niego przez jéj usta. Zdawało mu się że trzyma w ręku różczkę czarnoksięzką i że potrzeba mu tylko zakreślić nią w powietrzu krąg wielki, aby wszystko dokoła zakwitło zdrowiem, pięknością i szczęściem. Zdawało mu się, że wznosi się przed nim góra wysoka i potrzeba mu tylko jeden skok uczynić, aby stanąć u jéj szczytu i cudów męztwa, mądrości, miłości dokazać. Dobre uczucia i chęci szlachetne przemieniły się w nim w téj chwili w namiętność, która rozgrzała mu wzrok płomieniem zapału i całą twarz przyoblekła wyrazem niecierpliwego marzenia. Znajdowali się już w pobliżu ścieżki wiodącéj do dworku, tam gdzie wzrastały grusze stare i krzyż nizki podnosił nad wzgórzem ramiona zwieńczone zczerniałém od chłodów i deszczów kwieciem nieśmiertelników. Frania stanęła, chcąc pożegnać towarzysza; on jednak nie odchodził jeszcze, patrzył z kolei na krzyż i na nią. — Widziałem, rzekł, jak pani zawieszała wieniec ten na tym krzyżu. Modliłaś się pani wtedy gorąco, chociaż bez słów.... O co pani tak bardzo błagałaś Boga? W głosie jego było wzruszenie, którego stłumić ni ukryć nie mógł. Po twarzy jéj, po raz piérwszy od chwili spotkania, przesunął się rumieniec. Przykro jéj było, że oko żyjące podpatrzyło tajemnicę wiary jéj głębokiéj i smutnych jéj modłów. Po chwili jednak odpowiedziała: — O cóż innego modlićbym się mogła, jeśli nie o zdrowie mego dziadka, o powrót rozumu, albo przynajmniéj o sen spokojny dla brata mego, o życie dla moich małych?... Widać było w istocie, że nie modliła się nigdy o nic innego, że nigdy nie prosiła Boga o nic dla siebie. Nazajutrz Kajetan Orchowski był gościem białowolskiego dworku. Znalazł tam w kilku małych i skromnych izdebkach starego dziadka, kaléctwem przykutego do poręczowego krzesła na kółkach; dwoje dzieci bladych, z odrobiną zaledwie życia w chorowitych ciałach; obłąkanego, który tułał się bezmyślnie po domu i ogródku, lub znikał na długo w głębi boru; parę sług siwowłosych i młode dziewczę, które na widok jego spłonęło nagłe rumieńcem. Frania była w tym domu nieszczęścia gospodynią, matką, piastunką, dłonią która żywi, sercem które pociesza, łagodną mocą która spokój rozléwa, swobodnym uśmiechem który promień radości rzuca w najgłębsze nawet mroki niedoli. Była wszędzie, myślała o wszystkiém, działała za wszystkich. Na dziecięcych jeszcze barkach jéj spoczęły obowiązki wielkie; dźwigała je, sama nie wiedząc jak, sama nie wiedząc kiedy, i zżyła się ze swym ciężarem, pragnieniem, myślą, nie wybiegając ni razu w świat weselszy. Była piękną i nie wiedziała o tém. Bywała nieraz śmiertelnie znużoną i nie pragnęła ani szukała spoczynku. W każdéj godzinie, w każdéj minucie składała w ofierze na ołtarzu miłości rodzinnéj najpiękniejszy kwiat swéj młodości, najgorętsze płomienie swych uczuć, i nie wiedziała o tém że czyni ofiarę.... Kochała. Taką widywał ją młody Orchowski przez długi szereg dni i tygodni. Stopniowo poczęła zachodzić w niéj zmiana. Raz ujrzał ją siedzącą nad stawem z dziećmi, z któremi nie rozłączała się nigdy prawie; ale zamiast, jak zwykle bywało, gwarzyć z niemi, pieścić je lub uczyć, szklistém spojrzeniem patrzyła w szybę spokojnéj wody nic zda się nie wiedząc w koło siebie, nic nie słysząc. Daremnie blade dziewczynki obejmowały jéj szyję i głowę jéj swywolnie ku sobie ciągnęły; daremnie przynosiły jéj kwiaty i z pieszczotliwym szczebiotem zarzucały niemi jéj suknię, — żadném słowem ni poruszeniem nie odpowiadała na pieszczoty ich i zapytania. Możnaby rzec że owładnął nią sen jakiś głęboki. Czoło jéj, ciężkie nieprzezwyciężoném marzeniem chyliło się coraz niżéj.... aż nareszcie oderwała wzrok od powierzchni wody i spostrzegła młodego gościa, który stał pod cieniem brzozy płaczącéj, z okiem w twarz jéj utkwioném. Powstała szybko, po raz piérwszy zmieszana, strwożona pod jego spojrzeniem. Chciała postąpić naprzód, ale sił jéj zabrakło zrazu; bezwiednym ruchem poniosła dłoń do serca, które znać uderzyło gwałtownie... Innym razem znalazł ją całą ubraną w kwiaty. Długie gałęzie powojów przewijały się śród płowych jéj włosów i białe kielichy swe opuszczały na jéj ramiona. Nigdy przedtém nie stroiła się w kwiaty. Ale teraz zdawało się, że znikła w niéj pamięć o żałobie pokrywającéj dni jéj młodości, że rozpoczynał się dla niéj dzień nowy. Kwiaty, te dzieci promieni, uśmiechnęły się w poranku letnim do niéj, w któréj serce zapadły także piérwsze promienie serdecznego życia... Wesołą była dnia tego jak dziecię; młodość jéj, długo tłumiona smutkami i trudem, upominała się o swe prawa. Wieczorem dopiéro, gdy słońce ukryło się za cienistą gęstwinę brzóz płaczących i bladą, różową już tylko łuną barwiło staw cichy, zjęło ją zamyślenie nagłe, ogarnął ją smutek jakiś niewymowny i nieokreślony. Powolnym ruchem wyjęła z włosów kielichy powoju, a gdy zwiędłe leżały u stóp jéj, patrzyła na nie okiem ocienioném długą i cichą, lecz na dnie ogniami i łzami wrzącą zadumą. Trwało tak długo, aż do schyłku lata, i.... nagle trwać przestało. Był tydzień pewien, w którym młody Orchowski nie odwiedził ni razu białowolskiego dworku. W tym samym téż czasie mówili ludzie wiele i głośno o hucznych, świetnych zabawach wyprawianych po okolicznych dworach na cześć świeżo przybyłéj w strony owe piękności.... piękności niepospolitéj, dumnéj, czarnookiéj, na wzór komety wiodącéj za sobą szlak blasków olśniewających, nakształt wichru przelatującéj z szumem i porywającéj w wir swój wszystko i wszystkich. Po tygodniu Frania, siedząca u kolan swojego dziadka i czytająca mu głośno dzienniki, ujrzała zdala od krzyża jeszcze za stawem, przybywającego gościa. Dziennik wypadł z jéj ręki, głos złamał się nagle w piersi i umilkł.... Przybył, ale zmieniony, blady, jakby po zmęczeniu wielkiém, z chmurą na czole i z błyskawicą wewnętrznéj burzy w oku. Zapytała go z trwogą czy nie jest chory, czy nie spotkało go nieszczęście jakie. Odpowiedział z roztargnieniem i z przymuszonym uśmiéchem. Ona nie zapytywała go więcéj o nic. Odgadła w nim ranę jakąś, walkę, rozdwój uczuć i myśli, który przyniósł ze sobą w cichy jéj kątek ze świata gwarnego, odgadła i milczała, i tylko gdy krzątała się po małym domu, głowa jéj chyliła się wdół, tłoczona smutkiem nieprzezwyciężonym, a gdy na pożegnanie podała mu rękę i uśmiechnęła się, jak zwykle bywało przyjaźnie, łagodnie, w uśmiechu jéj widać było ukrywany, więc niemy ból ściśnionego serca. On dnia tego topił w niéj wzrok wilgotny lub niepokoju pełen, a odchodząc śćisnął dłoń jéj drobną z siłą taką, jakby w téj chwili postanawiał coś w myśli niezłomnie. — Wrócę jutro, rzekł i patrzył na nią z wyrazem oczekiwania w oczach. Spodziéwał się może, iż w odpowiedź zawoła: „powróć! o, powróć!” i krzykiem tym kochającego, strwożonego serca podeprze chwiejącą się wolę jego, zwróci jego uczucia w jeden znowu, stały i niezachwiany kierunek. Ale ona nic nie rzekła. W oczach jéj był cały świat uczuć pytań, próśb i trwóg niewymówionych; ale na czole spoczęła duma dziewicza, kobiéca, niedozwałająca błagać o litość. Nie wrócił. W domu w którym przebywała świetna i sławna piękność okolicy, był nazajutrz bal wielki. Ręczyński dwór jaśniał wśród nocy letniéj setkami świateł, ciepłe powiewy wiatrów roznosiły w dal dźwięki hucznéj muzyki i odgłosy gwarów wesołych, długich.... Minęły tygodnie i nastał już początek jesieni. W jednym z małych sklepików, otaczających główny plac miasteczka, stała Frania. Przyszła tu, jak zwykle, dla różnych drobnych potrzeb gospodarskich, po wszystkie te drobiazgi tanie, niewytworne, które ręka jéj czynna i wprawna przemieniała w trochę dobrobytu i zdrowia dla tych, nad którymi rozciągała gorliwą i czynną opiekę. Żydówka sprzedająca za małym i brudnym stołem potrzebne jéj przedmioty była widocznie dobrą jéj znajomą, bo kładąc na szalę towary, licząc piéniądze otrzymane, urządzając małe pakunki, gwarzyła poufnie. — Ny, rzekła, dlaczego to panienka taka blada? Latem panienka wyglądała ślicznie jak róża, a teraz zrobiła się taka mizerna. Czy panience czego nie boli? Dziwny uśmiech okolił usta dziewczyny, bladéj w istocie i zmienionéj bardzo. Nic jednak nie odpowiedziała. Miałaż zaprzeczyć, powiedzieć że zdrową jest i żadnego nie uczuwa bólu?... Była w istocie dziwnie zesłabłą, strasznie znużoną codzienném oczekiwaniem i codziennemi zawodami, a w piersi, tam gdzie serce uderzało biciem nierówném, czuła ból srogi i ciągły.... ciągły... Nic więc nie rzekła i przeliczywszy na brudnym stole piéniądze Żydówce należne, odejść już miała, gdy nagle kupcowa poskoczyła z za stołu i stając we drzwiach sklepiku, z wyrazem zachwytu krzyknęła: — Sieh! sieh! a szajne puryc! aj! aj! W mgnieniu oka utworzyły się przed jéj sklepikiem i przed wszystkiemi innemi sklepikami grupy ludności, wyległéj z domostw, karczem i dziedzińców. Drobne dzieci żydowskie, bawiące się śród placu, z krzykiem uciekały ku matkom, które wołały je z pośpiechem; starsze za to wysuwały się naprzód i biegły przez plac, wytrzészczając oczy i krzycząc co sił: — Sieh! sieh! a szajne puryc! Placem przejeżdżała świetna kawalkada jeźdźców i amazonek. Było tam osób przeszło dwadzieścia, a wszystkie siedziały na koniach dzielnych, przybranych w barwne czapraki i połyskujące siodła. Nad głowami pań powiéwały pióra i przezroczyste zasłony; panowie trzymali w rękach szpicruty oprawne w złoto. Orszakowi temu przodowała para najpiękniejsza ze wszystkich, na najpiękniejszych, najognistszych jadąca koniach. Jedną z osób parę tę składających była kobiéta z kibicią wyniosłą, dłutem rzeźbiarza niby ze szlachetnego wyrzeźbioną marmuru; drugą — młody pan z Orchowa. Jechali zrazu stępo. On rozmawiał o czemś do towarzyszki swéj z przejęciem się i zapałem, ona odpowiadała mu uśmiechem w pół dumnym, w półłaskawym. Pragnął snadź czytać w tym jéj uśmiéchu, albo na twarz jéj nieruchomą i dumną sprowadzić słowami swemi błyskawicę wzruszenia — bo tak był nią zajęty, że prócz niéj nic dokoła nie widział; ani ciekawego motłochu, mrowiem plac napełniającego, ani mlodéj dziewczyny, która we drzwiach sklepiku stała ze zmartwioną postacią, z twarzą białą, jak marmur, ze źrenicą széroko roztwartą i w twarz jego wpatrzoną tak upornie, jakby przez oko to szkliste i rozszerzone całe życie ulecić wnet miało.... Nie widział nic prócz téj, któréj kibić wyniosła, wytworna unosiła się nieruchomo nad dumnym grzbietem drogocennego rumaka. Szukał oczami jéj spojrzenia. Podniosła nakoniec powiekę, zwróciła ku niemu głowę królewską i utkwiła w twarzy jego oczy wielkie, czarne, wabne i zarazem dumne, wyzywające a pełne przyrzeczeń. W téjże chwili dotknęła ręką szyi wierzchowca. Piękne zwierzę zrozumiało jéj wolę, parsknęło z radością i puściło się naprzód wielkim kłusem zrazu, szalonym potém galopem.... W ręku jeźdźca cugle drgnęły i opadły na kark konia, który puścił się za tamtym w raźnych poskokach. Pędzili tak oboje, o wiele wyprzedzając orszak cały, jedno obok drugiego, a zanim zniknęli za ostatniemi domostwami miasteczka, widać jeszcze było jak w powiewie wiatru przezroczysta jéj zasłona rozwinęła się, niby skrzydło wielkiego motyla, i błękitną mgłą otoczyła schyloną ku niéj głowę jego.... Zniknęli... po świetném zjawisku został tylko na miasteczkowym placu szlak gruntu zoranego kopatami końskiemi i wielka chmura kurzawy, która unosiła się w powietrzu różowa od przenikających ją promieni zachodzącego słońca. — A czy panienka wié, zaczęła Żydówka, kto to taki ta panna, co z naszym panem na przedzie jechała? To panna Ręczycówna... Ona do Ręczyna niedawno przyjechała, bo stary pan Ręczyc, to jéj wuj.... Ona rodziców nie ma i posagu nie ma; to ludzie gadają, że ona chce bardzo wyjść za naszego pana, i że naszego pana tam bardzo ciągną, i że un już w niéj okropnie rozkochany... A może to un, dodała po chwili namysłu, oświadczył się jéj teraz, bo tak na nią patrzył... aj! aj! jak un na nią patrzył, jak do niéj gadał ciągle.... Białowolska dziewczyna, nieruchoma dotąd jak kamień i jak marmur biała poruszyła się teraz, niby dotknięta sprężyną jakąś niewidzialną. — Do zobaczenia, pani Chajo! rzekła tak szybko, jakby conajprędzéj ukończyć pragnęła ciężki dla niéj w téj chwili trud mówienia. Żydówka chciała ją zatrzymać i powiedziéć jéj cóś jeszcze; ale ona była już daleko. Szła ulicą miasteczka prędko, nie oglądając się, z oczami utkwionemi w ziemię. Patrząc na nią, można było myśléć, że wybrała się w podróż jakąś nieskończoną, że biedz pragnęła gdzieś, aż na kraniec świata, uciec conajprędzéj od miejsca, na którém się znajdowała. Nie byłoż to miejsce to samo, które przed kilku miesiącami przebywała obok niego po wyjściu z chaty Judela? Czuła wtedy że stawało się w niéj cóś nowego, wielkiego! Nieznane jakieś, rozkoszne ciepło wstępowało wtedy do jéj piersi, i nie wiedziała jeszcze dlaczego, ale świat stanął nagle przed nią taki promienny, radosny i tajemniczy zarazem, tak dziwne, niepojęte uroki i obietnice kryjący w powiewach swych i woniach!... A teraz... o teraz uciec pragnęła od wspomnień tych, które otaczały ją chórem żałobnym i rozdzierały jéj serce żałością za tém, co bezpowrotnie minęło! uciec od goryczy, którą w życiu swém uczuwała po raz piérwszy, od myśli strasznych i grzesznych, od rozpaczy, od słabości nieprzezwyciężonéj, która zasłonę ciemną rzucała na jéj oczy, uginała kolana, całe ciało jéj przejmowała bezwładném omdleniem!... Nie uciekła jednak od niczego: ani od pamięci swéj ani od rozpaczliwych krzyków rozlegających się w jéj wnętrzu, ani od omdlenia ciężkiego, w które zapadły wyczerpane jéj siły. Dobiedz zdołała tylko do krzyża; chciała podnieść wzrok w górę i szukać tam wysoko litości, któréj nie znalazła na ziemi... Nie mogła... Powieki jéj ciężkie łzami nieprzelanemi, wdół opadły. Chciała otworzyć usta i modlić się... Nie mogła.. W głowie jéj myśli nie było żadnéj na ustach drżących jak listki osiny żadnego słowa... Osunęła się na ziemię, chyliła się coraz niżéj, aż złożyła głowę na trawie chłodnéj i cicho, bez jęku, bez łzy przymknęła powieki... Zemdlała... Szary mrok zapadać począł. Wątła postać dziewczęca leżała wciąż na zielonéj trawie, w nieruchomości kamiennéj. Kędyś pod lasem grały przeciągłe surmy jesienne; dźwięki ich wiatr cichy chwytał i niósł ponad okrytemi żółtą ściernią polami; w oddali, za miasteczkiem, wieża kościelna zadzwoniła na wieczorne pacierze; od wioski płynęły długie wołania matek, przyzywających dzieci ku ogniskom, które rozpalały się w chatach. Do odgłosów tych przyłączył się po chwili jeden jeszcze. — Franiu! Franiu! rozległo się wołanie od strony małéj, nizkiéj łączki, wśród pól rzuconéj. Zarazem z gęstwiny wierzb wychyliła się głowa nastrzępiona roztarganemi włosami i wieńcem z zeschłych kłosów uwitym. — Franiu! Franiu! wołał obłąkany coraz częściéj, coraz przeciągłéj! Stanął na skraju łączki i dziko połyskującemi oczami rozglądał się dokoła; przechylał głowę w obie strony, zdając się przysłuchiwać czemuś, oczekiwać czyjegoś głosu. Nie usłyszał nic prócz szumu wiatru muskającego powierzchnię wierzbowych zarośli i ostatniego dźwięku kościelnéj dzwonnicy, który rozpłynął się w powietrzu i umilkł. Obłąkany przestał wołać, a zaczął biedz. Biegł szybko, prosto ku wzgórzu na którém stał krzyż. Niejednokrotnie widać znajdował tam tę, któréj imię nadaremnie teraz rzucał polnym wiatrom i echom. Znalazł ją tam i teraz. Nachylił się i pochwycił jéj rękę, która ciężko i bezwładnie zawisła w jego dłoni. — Pójdź do domu! rzekł pochylony i wpatrzony w twarz jéj nieruchomą. Powtarzał teraz słowa, któremi ona zawsze przemawiała do niego. — Pójdź do domu! pójdź do domu! szeptał coraz prędzéj, coraz uporczywiéj i coraz niżéj schylał się nad nią. Na obłąkanéj twarzy jego zjawiał się stopniowo wyraz trwogi nieprzytomnéj, połączonéj z rzewnością i tkliwością dziecięcą. — Franiu! jęknął, czy ty śpisz? I nastawił ucha ku ustom jéj, od których oczekiwał odpowiedzi. Tak pytała i tak czyniła zawsze ona, ilekroć znalazła go nad brzegiem stawu, albo w głębi boru leżącego na ziemi, z zamkniętemi oczami. Teraz on naśladował ją. Zdawać się mogło, że pragnął odpłacić jéj staraniem za starania, niepokojem troskliwym za jéj troskliwy o niego niepokój. — Franiu! czy ty śpisz? powtórzył. Nie było odpowiedzi. Wydał krzyk jakiś niezrozumiały, roztworzył ramiona i porwał ją z ziemi. — Pójdź do domu! zawołał tym razem głośno i trzymając ją w objęciu, pobiegł ścieżką. W połowie drogi zaczął iść wolniéj. Kołysał ją w ramionach, jak dziécię uśpione, głowę pochylał nad nią i wzroku od twarzy jéj nie odrywał, a jednak, okrążając staw i przechodząc pod cieniem brzóz płaczących, nie przestawał wołać ciągle, coraz łagodniéj, przeciągłéj, żałośniéj; — Franiu! Franiu! Wkrótce potém stary dwór orchowski przemienił postać swą dawną tak, jakby dotknęła go laska czarodziejska. Nowe sprzęty, nowe cugi i powozy, nowa służba liczna wzbudzały w okolicy tysiące uwag, zachwytów i ciekawości. Właściciel wszystkich tych pięknych rzeczy bawił w stolicy, kędy pociągnęła go za sobą piękna narzeczona. Gdy wreszcie przebrzmiały i pogasły w wielkiém mieście karnawałowe gwary i świetności, powrócił do ścian swych, tak drogich mu, tak cichych i tak poważnych dawniéj — z żoną. Wtedy już ludzie mówili o nim, że stał się nakoniec porządnym człowiekiem, zupełnie do innych ludzi podobnym, że nabył brakującéj mu wprzódy cnoty gościnności, opuścił dawne marzenia i dziwactwa, bo... wydawał bale. Nawrócenie to przypisywano powszechnie wpływowi młodéj i pięknéj kobiéty, która będąc jego żoną, była zarazem gwiazdą i bóstwem całéj okolicy. Z przyjściem wiosny jednak odrodzony człowiek ten posmutniał. Była to pora w któréj, wedle brzmienia najuroczystszéj umowy przedślubnéj, opuścić miał wraz z towarzyszką swą miejsca rodzinne i udać się w podróż daleką. Stacyami wędrówki téj miały być wielkie miasta Europy, a kres jéj przewidywać się dawał w oddalonym chyba, bardzo oddalonym czasie. W porze owéj podróże były modą panującą, jednym z tych narkotycznych przyrządów, które ludziom śpiącym dawały złudę życia. Dla Kajetana Orchowskiego przecież podróż taka, bez celu dobrze określonego, bez kresu oznaczonego, większą niż dla innych posiadała wagę. Wyjechać Bóg wié dokąd, Bóg wié po co i na jak długo, znaczyło to dla niego opuścić miejsca, na których, wedle uprzednich marzeń jego, snuć się miała płodna w następstwa różne działalność jego, śród których przyrzekał sobie niegdyś tyle rzeczy różnych ulepszyć, zbudować... Cóż się więc stanie z tym planem przyszłości jego, tajemniczym dla wszystkich, a może jeszcze i dla niego samego, ale zawiérającym w sobie mnóstwo narysowanych zlekka zamiarów, wiele postanowień w chwilach zapału lub wzruszenia powziętych?.. Wykonanie planu tego odłożonem zostanie na późniéj, zamiary i postanowienia spać będą cicho w głowie jego, w czasie gdy owiewać ją pocznie obce powietrze... Późniéj więc, później!.. A teraz jechać musiał, bo dał słowo, bo tylko za cenę spełnienia obietnicy téj otrzymywać mógł łaskawe spojrzenia od oczu ognistych, które, świetne jak dwa słońca, umiały jednak chmurzyć się i gasnąć; otrzymywać mógł uśmiechy zgody i pocałunki miłości od ust prześlicznych, które teraz już, w tych piérwszych miesiącach poślubnych, bywały nieraz dumne, rozgniéwane... Pojechał... Powiadali ludzie, że w przeddzień wyjazdu pomiędzy młodą porą stoczył się spór żwawy, po którym pani miała w oczach łzy i błyskawice tłumionego gniewu, a pan dosiadł konia, z twarzą bladą i chmurną. Wzdłuż i wszerz przejechał grunta orchowskie; widziano go jak zatrzymywał się na punktach najwyższych, odkrywał głowę i wodził dokoła wzrokiem smętnym, jakby żegnał z boleścią rzeczy drogie i święte. Gdy wrócił z przejażdżki, głos jego brzmiał po domu gniewny jak nigdy, a przez noc całą widziano okno jego pokoju na oścież otwarte, a w niém człowieka siedzącego nieruchomo, z czołem na dłoń opuszczoném. Pojechał jednak, a gdy po upływie dwóch prawie lat powrócił w białym dworku stojącym pomiędzy sosnowem borami inni ludzie mieszkali. Stary dziadek-kaléka umarł przed rokiem; jedno z dwojga dzieci nie żyło także; drugie zabrał brat jakiś czy krewny, zdaleka przybyły; obłąkanego oddano opiece lekarskiéj... Białowola był sprzedaną. Co stało się z Franią, dokąd udała się i gdzie się schroniła, nikt tego nie wiedział. Orchowski nie dowiedział się o tem także. Wspomnienie jéj gasło i odżywało w pamięci jego, stosownie do kolei uczuć i losu jaką przebywał, ale ślad jéj istnienia zginął dlań nazawsze. Mógłże przewidziéć, że kiedyś na piersi kobiéty téj jedno z dzieci jego wypłacze ostatnie łzy życia? że ta która była kochanką jego młodości, będzie ostatnim dobrym obrazem, na którym spoczną gasnące źrenice jego córki? Tymczasem nabył na własność Białowolę od nowego jéj posiadacza, kosztem wielu starań i strat. Mówiono nawet, że kupno to było jednem z dziwactw jego i że piérwsze zachwiało świetny dotąd byt jego majątkowy. Człowiek ten zresztą, nakształt trzciny wiotkiéj w coraz inne przechylający się strony, uchodził zawsze za dziwaka, marzyciela i reformatora. Rozchodziły się o nim daleko po kraju wieści rozliczne. Jedna z nich głosiła, że urządza on w swych dobrach nieznany dotąd w okolicy przemysłowy zakład jakiś... W istocie, budowa wielka wznosić się zaczynała w pobliżu dworu; ściany jéj rosły zrazu szybko, potém coraz wolniéj a nakoniec ustał wkoło nich ruch wszelki, zgromadzony materyał budowlany leżał bezładnie rozrzucony i nieporuszony latami całemi, wzniesione ściany czerniały i próchniały, aż znikły, rozebrane na powszedni użytek, a na ich miejscu pozostało tylko trochę skopanéj ziemi i próchna. To znowu gruchnęła po świecie wieść, że Kajetan Orchowski uwalnia włościan swych od obowiązku pańszczyzny i grunta im na czynsz oddaje. Wyglądało w istocie tak, jakby to prawdą stać się miało. Przypominano sobie jak niedawno w liczném zgromadzeniu mówił z oburzeniem o niecnym przywileju, który człowieka wprzęga w jarzmo ludzi innych; wspomniał cóś o ekonomicznych prawdach, dowodzących wyższości pracy wolnéj nad niewolą. Wiedziano że w Orchowie dokonywują się przygotowania różne do mającego nastąpić w gospodarstwie nowego porządku rzeczy, że czynią się tam jakieś urzędowe starania, a po wsiach ludnych i zamożnych rozkwitają nieśmiałe nadzieje. Nagle wszystko umilkło i jak po rozpoczętéj budowie przemysłowego gmachu, próchna i ruiny, tak z przygotowań tych, starań i nadziei pozostawały tylko uśmiéchy ludzkie.... Co bo się tam nie zaczynało, co nie zarysowywało i przed urodzeniem nie umiérało w tém dziedzictwie marzyciela bez woli, o głowie ognistéj bez ładu ni wytrwania. Była to komedya dla ludzi — dla niego męczarnia może, może także narkotyk, którym podbudzał długo nerwy moralnéj swéj istoty, broniąc się od snu. Uległ nakoniec temu, z czém walczyć nie umiał... usnął na wzór innych. Nie był to znać jednak sen głęboki; było w nim cóś co czuwało lub budziło się chwilami i niby piła zębiasta wpijało się w istotę jego, aż znękało ją i w ciężką niemoc wprawiło... Wtedy zamknął się w wielkiéj ustronnéj swéj komnacie, pokochał znowu samotność i ciszę, a za towarzyszów jedynych wziął sobie setki tomów i z niemi kończył życie. Teraz pośrodku komnaty stało łoże szerokie, a na niém spoczywał starzec, z głową odartą z włosów i twarzą wychudłą. Ręka jego ostatnim wysiłkiem krzepkiéj niegdyś dłoni ściskała rękę syna, który klęczał przy jego łożu, z głową pochyloną w zadumie i smutku. Opowiedział mu dzieje życia swego, od owéj krótkiéj lecz promiennéj sielanki młodości aż do tych godzin długich i ciemnych, w których sumienie jego odwracało mu wciąż przed oczami karty strawionego marnie żywota. — Jak wszyscy synowie po ojcach swych tak i ty po mnie odziedziczysz skutki grzechów moich. Nie złorzecz mi.... bo najsroższém przekleństwem występnego życia jest jego koniec.... Wyrzekł to powoli, głosem cichym, lecz pewnym: twarz miał zwróconą ku sufitowi i oczy utkwione w górze. Po chwili wytchnienia mówił daléj: — Należałem do pokolenia, które przed chwilą ustąpiło ze sceny świata... Skupiło się we mnie wszystko dobre i złe, tworzące to znamię szczególne, po którém pokolenie owo pozna duch historyi.. Nieraz marzyliśmy pięknie i chcieliśmy dobrze, ale nie czyniliśmy nic.... oto tajemnica żywotów naszych, zgasłych w niedoli i po sobie zostawiających niedolę... oto świadectwo wedle którego osądzą nas dzieje... Chęci niespełnionych, marzeń w jawę nieprzemienionych nie położą one na szalę swéj sprawiedliwości. Ciężkim wyrokiem spadną na głowy nasze światła przez nas niezapalone, dobre chwile zaniedbywane, skarby na wiatr rozrzucone, pozostające za nami odłogi... Umilkł, oddychał ciężko: w piersi jego słychać było ciągłą, coraz śpieszniejszą robotę niewidzialnéj mocy niszczącéj.... Po chwili, głośniéj niż wprzódy, wymówił: — Minęło!,.. Któż i cóż powrócić mi zdoła życie minione?.... Nikt i nic! Twarz jego wychudła nieruchomą stała się na chwilę pod ciężarem spadłéj na nią ołowianéj zadumy, w oczach tylko széroko roztwartych świecił ogień gorączki i pierś wzdymała się wysoko, głośnym, chrapliwym oddechem! Nagle z wybuchem zawołał: — Któż mi powróci teraz spokojny sen nocy, spędzonych w gorzkiém czuwaniu, wesele dni upłynionych, w smutku, pełnię życia, które było pustem, chwałę męża, która utonęła w chańbie próżniaka?... Kto mi powróci słodycz i szczęście domowego życia, które przyniosło mi samę tylko gorycz, niezgodę, zgryzotę? Kto poprawi duchy dzieci moich, zaniedbane przeze mnie? Kto mi do łoża śmierci przywiedzie miłość ich i cześć?... Nikt! nikt! nikt! — Mój ojcze! zabrzmiał przy łożu głos męzki, czułością i smutkiem tłumiony, — mój ojcze! jedno z dzieci twoich jest tu, przy tobie... — Jedno z dzieci moich! jak smutne i łagodne echo powtórzył chory. Po chwili milczenia mówił znowu: — Tak, tyś był jedyném z dzieci moich, które mię kochało, którego złowrogie moce niezgody i pustki w domu mym panujące oderwać odemnie nie zdołały... Przed tobą téż jednym odkrywam poranione wnętrze moje, ostatnie żale moje i pragnienia... Posłuchaj!.. Odkąd chory i zniechęcony do życia czynnego, któremu podołać nie miałem siły, zamknąłem się tu jak pustelnik w ciszy nieprzerwanéj, uporządkowały się myśli moje, bezładne wprzódy, rozwidnił się przedemną we mgle przedtém widziany porządek wszech-rzeczy; dojrzałem łańcuch olbrzymi przyczyn i skutków, przestępstw i kar... — Różne były przyczyny, które uczyniły nas takimi, jakimi byliśmy.... Jedna z nich spoczywa w plemienném przyrodzeniu naszém, uporném ładowi wszelkiemu, skłonném do marzeń, zapałów i wrzawy, lecz nieumiejącém dźwigać ciężarów długo, wytrwale, w powadze skromności i ciszy.... Inną ważniejszą był dzierżony przez nas przywiléj na ziemskich bogów.... Rodziliśmy się dostojni i bogaci odrazu... nie mieliśmy o co walczyć dla siebie i dzieci swoich... Twarzy naszych i duchów nie skropił i nie skrzepił nigdy pot własnego mozołu.... więc zapomnieliśmy o tém, że jesteśmy ludźmi i usnął w nas nerw działania, a zapanowały zmysły, nieprzeparta żądza używania, i uwierzyliśmy w wiekuistość królowania naszego... i usnęliśmy na szczycie Olimpu... Lecz Olimp ten był wulkanem... dno jego płomienne poruszyła dłoń przyszłości, o któréj pomiędzy nami zatraciła się myśl i pamięć.... Teraz... czas nam do grobów.... a nad przepaściami pozostawiamy to, co nam najdrozszém było.... Spoczął chwilę po długiém mówieniu, a potém ciągnął daléj: — Nie proszę cię abyś dokonał tego, czegom ja dokonać, zaniedbał... abyś naprawił to, com ja zepsuł... Jestto niepodobném... ale przyszłość do ciebie należy.. Życie swe masz przed sobą: nie uczyń z niém tego, com ja ze swojém uczynił.... Jutro, pojutrze, gdy nad trumną, zawierającą w sobie zwłoki moje, staniesz u szczytu wzgórza będącego rodzinną naszą mogiłą i obejrzysz się dokoła siebie, zobaczysz same tylko odłogi i ruiny... Inaczéj to dziedzictwo piękne wziąłem po przodkach swoich, inaczéj oddaję je tobie, inaczéj ty oddaj je dzieciom swoim.. Czyń co będziesz mógł, aby użyźnić ziemię tę, która pod ręką moją rodzić przestała, aby podnieść ściany, które pod okiem mojém pochyliły się ku ziemi... U końca życia ze skarbów zmarnowanych lub dorobionych składać będziesz rachunek przed sumieniem swojém, tak jak ja składam go teraz przed swojém... Niech on ci lżejszym będzie!... Oto ostatnie pragnienie moje... Chciałbym abyś ty stał się dziedzicem Orchowa. Kamil... Westchnął i mocował się ze sobą widocznie aby nie rzec strasznego jakiegoś słowa, chóć rozpiérało mu ono pierś żalem wielkim. — Weź Orchów... weź... weź... uczyń z nim co tylko będziesz mógł, aby..., aby tylko nie stał się zagonem zoranym pod siejbę zagłady.... Weź Orchów!.. — Wezmę, ojcze! ozwał się znowu przy łożu głos klęczącego młodzieńca, ale tym razem brzmiała w nim wola silna i uroczyście dawana obietnica. Milczenie głębokie zaległo obszerną komnatę. Przyćmione blaski lampy rozpalały, jak dawniéj, iskry złote w szybach szaf oszklonych i mieszały się z cieniami pokrywającemi blade, zwiędłe czoło umiérającego. Żółte powieki jego były teraz przymknięte, a przez zwarte, siniejące usta wyrywały się od chwili do chwili jęki słabe, niby odgłosy ostatniéj walki życia ze śmiercią. Nagle białe ręce jego splotły się kurczowo i z ostatnim wybuchem konającéj siły, podniosły się w górę. — Któż mi powróci życie stracone? zawołał, nikt! nikt! nikt! Zdawało się, że z ostatnim wykrzykiem tym uleci życie jego, taka w nim była moc rozpacznego wysiłku. Podniósł jednak drgające powieki i gorejącą źrenicą raz jeszcze potoczył dokoła. Chwilę milczał i przyzywał pierzchające myśli, potém z dłonią ciężko złożoną na pochylonéj głowie syna, z oczami w których malowały się ostatnie cierpienia i pragnienia, i wyszeptał: — Niech marne życie moje i rozpaczna śmierć moją będą dla ciebie nauką.... niech ustrzegą cię od miłości bez szacunku.... od zamiarów bez spełnienia... od zapałów bez wytrwania.... od życia bez planu... od marzeń bez czynu... od chęci bez woli... Słowa jego spłynęły w szept zaledwie dosłyszalny. Był-to niby testament, kreślony niewyraźnemi znakami; ale klęczący u łoża młodzieniec słuchał go z twarzą jak marmur bladą i z uchem pochyloném ku ustom ojcowskim. Usta te oddawna już mówić i oddychać przestały, a on pozostał jeszcze nieruchomy, z dwiema wielkiemi łzami palącemi się w źrenicach powieką okrytych, z dłońmi zaciśniętemi w koło zimnéj, sztywnéj ręki zmarłego. Cisza głęboka zalegała dom cały, gdy otworzyły się zwolna drzwi wielkiéj, podłużnéj sali i wszedł przez nie Mieczysław. W oczach jego spuszczonych ku ziemi malował się ból gorący, świeżą stratą ukochanéj istoty sprawiony, ale na twarzy bladéj, nieruchoméj i w całéj postaci młodego człowieka, zwolna kroczącego przez obszerną komnatę, spoczywał wyraz takiéj powagi, tak głębokiego i energicznego skupienia władz uczuć i myśli, że mniemać było można, iż przez tę noc jednę przybyło mu lat kilka, lat nauki, doświadczeń i cierpień. W istocie przez tę noc jednę przeżył on życie całe swego ojca, życie całego pokolenia, które na widowni dziejów poprzedziło jego i jemu podobnych. Wczoraj jeszcze był młodzieńcem, dobrym, szczerym, skłonnym do uczuć i postępków szlachetnych, lecz z życia powagą niezbratanym, w młodzieńczéj wesołości swéj płochym nieco, nieznającym dokładnie pobudek czynów własnych, ani miary do jakiéj dorość mogła własna istota jego. Dziś rozpaczna śmierć, kończąca zwichnione, zmarnowane życie jego ojca, ochrzciła go na męża. Wyglądał téż w téj chwili jak mąż, w którego wnętrze zapadły postanowienia niezłomne, przyrzeczenia uroczyste, przed którego oczami stanęła jasna i wyraźna świadomość dróg przyszłych. Z oddalonego pokoju doszedł ucha jego monotonny i przyciszony szmer dwóch głosów kobiécych. Zwrócił się w kierunku drzwi nawpół otwartych, a stanąwszy na progu, ujrzał dwie postacie kobiéce, klęczące u stóp krucyfiksu, przed którym na srebrnym łańcuchu zwiészona paliła się mała lampa. Na odgłos kroków wchodzącego, pani Leontyna przerwała odmawianie modlitwy za chorych i umiérających: trwożném, do głębi zmąconém spojrzeniem ogarnęła twarz syna. Bladość twarzy téj, ból na niéj wyryty i piętnująca ją w téj chwili uroczysta powaga powiedziały jéj znać wszystko, bo porwała się z klęczek i krzyknęła. Wykrzyk jéj głośnym był, przeszywającym, ale brzmiało w nim jedno tylko uczucie: przestrach. Zarazem ramiona jéj i kibić cała drźeć zaczęły pod grubym szalem, okrywającym nawpół długą, czarną szatę. Lila, blada także i drżąca, instynktowym ruchem kryła się za matkę i osłupiałych, wylęgłych swych oczu nie spuszczała z twarzy brata. Mieczysław zbliżył się do matki i ujął w obie dłonie rękę jéj, jak lód zimną. — Matko, rzekł głosem zniżonym i drżącym od łez w piersi tłumionych, tam.... skończyło się już wszystko.... Alem ja pośpieszył do ciebie, aby ci powiedzieć, że masz syna, który uczyni co tylko w mocy jego będzie... Umilkł nagle, bo spostrzegł że mówił daremnie. Pani Leontyna nie zdawała się słuchać ani rozumiéć słów syna. Dłonie jéj zaciskały wkoło kibici fałdy grubego szala; oczy błędne, nieprzytomne prawie, obiegały dokoła mroczny pokój, odtrącane i zarazem niezwalczenie jakoby pociągane przez najciemniéjsze jego zakątki. — Mój Mieczysiu! mówić zaczęła pobladłemi i drgającemi usty, niech tam wszystko urządzą jak należy.... Ja.... ja doprawdy nie mogę.... słaba jestem.... noc taka ciemna!... Każ światła pozapalać w pokojach.... Czy daleko jeszcze do dnia? O mój Boże! jakże jestem nieszczęśliwa!... Idź tam.., idź.... oszczędź matkę!... ja... nie mogę!... Osunęła się znowu na klęczki, zakryła dłońmi oczy niby przed strasznemi widziadłami, i jakby pragnęła zagłuszyć przerażające głosy, które słyszała wewnątrz czy zewnątrz siebie, mówić poczęła szybko, nawpół głośno, nieustannie: — Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie! Mieczysław stał chwilę jak skamieniały, z głowią schyloną i opuszczonemi rękami. Na czole jego zmarszczka, którą wyniósł z przedśmiertnéj rozmowy pogłębiła się. Do wszystkich uczuć jakie go napełniały przyłączyło się jedno jeszcze, ciężkie, gorzkie. Po chwili jednak zwrócił się do siostry i wziął jéj rękę. — Lilo! rzekł łagodnie, pójdź, zobacz zwłoki naszego ojca.... Nie byłaś przy nim gdy umiérał... pójdź teraz!... Dziewczyna gwałtownym ruchem wyrwała rękę swą z jego dłoni i usunęła się pod ścianę. — Ja nie chcę! Mieczysiu, ja nie chcę! zawołała z płaczem prawie. — Dlaczego nie chcesz? zapytał brat, pochylając ku niéj twarz niemal surową. Ona usuwała się od niego, drżąc cała; w szeroko rozwartych oczach jéj błyszczały łzy prośby i zarazem gniewu — Dlaczego nie chcesz? z naleganiem powtórzył brat. — Boję się... szepnęła, przyciskając ramiona do piersi, boję się... umarłych... — Lilo! zawołał Mieczysław, nie znałaś prawie ojca swego... On jednak kochał cię i przed skonaniem po wiele razy imię twe wymówił... Słowa te uczyniły na młodéj dziewczynie pewne wrażenie. Drgnęło w niéj cóś co zmniejszyło bojaźń dziecinną a z wyrazem przestrachu twarz jéj okrywającym, połączyło odcień nagle uczutéj tkliwości i żalu. — Pójdź! rzekł Mieczysław, biorąc znowu jéj rękę. Poraz ostatni spojrzymy na rysy jego.... spojrzymy na nie razem, oboje... Chwila ta uczyni nas może więcéj bratem i siostrą, niż byliśmy dotąd.... Przy ostatnich wyrazach Mieczysława Lila zarzuciła mu ramię na szyję i przytuliła się do piersi jego z cichym płaczem. Był to wybuch dobrego uczucia, które ozwało się w istocie téj młodziuchnéj, chaotycznéj, pełnéj ogni gorejących w niéj kapryśnie i jałowo. Mieczysław otoczył kibić jéj ramieniem i prowadził ją ku drzwiom. — Mieczysiu! szeptała, ale ty mię nie odstąpisz... będziesz tak ciągle przy mnie?... — Będę ciągle przy tobie, odparł brat, pragnę odtąd być jaknajczęściéj przy tobie.... zastąpić ci ojca.... opiekować się tobą.... Byli już na progu, gdy nagle pani Leontyna podniosła głowę i rzuciła za siebie trwożne spojrzenie. Ujrzawszy się samą w pokoju, porwała się znowu z klęczek i zawołała: — Lilo! Lilo! W krzyku tym brzmiało niemal wołanie o ratunek. Lila wydobyła się z objęć brata. Nie wiedziała już ani kogo słuchać, ani dokąd iść. — Zostawiacie mię samę! jęknęła pani Leontyna, łamiąc ręce, w tak strasznéj chwili!... O mój Boże! tegom się doczekała, że dzieci moje.... wszystkie dzieci moje opuszczają mię wtedy, gdy najbardziéj mi trzeba kogóś.... kogokolwiek.... Jestem sama, sama na świecie!... nic już nie znaczę dla nikogo.... nawet dla dzieci swoich!... Czy dzień jeszcze daleko?... Jaka noc czarna!... Mieczysław wypuścił z dłoni rękę siostry. — Idź do matki, rzekł, pozostań przy niéj. Chciał jeszcze coś powiedziéć, ale nie mógł. Bolesne, gorzkie uczucie zdławiło mu głos w gardle. Ze wzrokiem wbitym w ziemię odszedł w głąb domu. Koniec tomu piérwszego.
kompozytor. Odznaczenia. Multimedia w Wikimedia Commons. Tōru Takemitsu ( jap. 武満 徹 Takemitsu Tōru; ur. 8 października 1930 w Tokio, zm. 20 lutego 1996 tamże) – japoński kompozytor muzyki współczesnej. Zajmował się także estetyką i teorią muzyki . W swojej twórczości łączył elementy muzyki i filozofii Wschodu i Zachodu. Witajcie drogie dzieci! Dziś nadszedł już czas, aby się pożegnać z Wami. Chcę Wam życzyć udanych wakacji: wesołych, ciekawych, ale przede wszystkim bezpiecznych! Obyście wypoczęli i nabrali sił przed nowym rokiem szkolnym. Obejrzycie proszę jeszcze te filmy i piosenki o bezpieczeństwie: Żadne wakacje nie będą udane, jeżeli stanie się coś złego, dlatego uważajcie na siebie i nie oddalajcie się od rodziców! Dzisiaj jest też Dzień Taty! Złóżcie swoim tatom życzenia i narysujcie im piękny obrazek. Oto podpowiedzi: Obrazek 2 W piątek Wasza mama lub tata przyjdą odebrać Wasze dyplomy i upominki. Mam nadzieję, że będzie to dla Was miła niespodzianka! Będziecie mogli powspominać nasze wspólnie spędzone chwile w przedszkolu i cieszyć się z prezentów!! Na pewno jeszcze się kiedyś spotkamy. Do zobaczenia!!! Wasza Pani Ania Witajcie Kochane Zajączki! Wielkimi krokami zbliżają się WAKACJE! O tym będzie nasz ostatni temat. Zadanie 1 „Niech żyją wakacje, niech żyje pole i las I niebo, i słońce – wolny swobodny czas” Wakacje to czas beztroski i leniuchowania, to piękna, ciepła pogoda i mnóstwo zabaw na świeżym powietrzu. Tylko latem, podczas wakacji możemy kąpać się w jeziorku lub morzu. Popatrz na Obrazek 1 i wskaż te ilustracje, które kojarzą się z latem i wakacjami: Obrazek 1 Teraz czas na zadanie w Kartach Pracy – otwórz swoje ćwiczenia na str. 67. Jest to ilustracja przedstawiające letni wypoczynek na plaży, trzeba wkleić brakujące naklejki, przeczytać wyrazy i wkleić ich cyferki w odpowiednim miejscu na plaży. Zadanie 2 Dokąd można pojechać na wakacje? Obejrzyjcie ten filmik, aby zobaczyć jaka piękna jest nasza ojczyzna. W prawym, dolnym rogu będą pojawiać się nazwy kolejnych miast. I drugi filmik – o wiele krótszy, ale też piękny. A wy dokąd chcielibyście pojechać na wakacje? Podróże są fajne – dzięki nim mamy nowe doświadczenia i wspomnienia. Wakacje w naszym mieście też są fajne – mamy przecież piękne trasy rowerowe i plaże nad jeziorkiem! Zróbcie teraz zadanie w Kartach Pracy na oraz 66. Zadanie 3 Pamiętajcie jednak, że podczas wakacji najważniejsze jest BEZPIECZEŃSTWO! Żadne wakacje nie będą udane, jeśli spotka nas jakiś wypadek. Dlatego popatrzcie na Obrazek 2 i zobaczcie jak należy zachować się podczas wakacyjnych wypraw. Obrazek 2. To już wszystko. W najbliższy wtorek będą czekały na Was ostatnie zadania przed wakacjami. Pozdrawiam. Pa. Witajcie Kochane Dzieci! Jak Wam minął dłuuugi weekend? Mam nadzieję, że był ciekawy i udany. My jeszcze dzisiaj rozmawiamy o placu zabaw. Zadanie 1 Na pewno bardzo lubicie zabawy na różnych placach zabaw. Dziś chciałabym byście narysowali kredkami Wasz wymarzony plac zabaw. Niech będzie kolorowy, ciekawy i zaskakujące. Możecie narysować co tylko sobie wymarzycie. Chętnie obejrzę Wasze prace na naszym Messengerze. Zadanie 2 Wykonajcie zadanie w ćwiczeniach na str. 58 – trzeba połączyć ze sobą takie same przedmioty. UWAGA: powinny mieć też ten sam kolor, mogą być tylko zwrócone w inną stronę (czyli piłkę czarno – białą łączymy z piłką czarno – białą). Popatrzcie na Kartę 1 – trzeba dokończyć rytm, czyli wybrać obrazek, który będzie następny. Karta 1 Następnie wykonajcie zadanie w ćwiczeniach – Kolekcja Sześciolatka, s. 60 – tu również trzeba kontynuować rytm. Zadanie 3 Czas na zabawy ruchowe, które znajdują się pod tym linkiem: Postarajcie się pracować sumiennie! Miłego dnia! Witajcie drogie Zajączki! W tym tygodniu będziemy rozmawiali o placu zabaw. Zadanie 1 Posłuchajcie wierszyka, który jest umieszczony poniżej: Karta 1 - Jakie sprzęty do zabawy są wymienione w wierszu? - Czy dzieci lubią bawić się na placach? Niedawno był zakaz zabawy na wszystkich placach zabaw, teraz już można, ale pamiętajcie o zasadach bezpieczeństwa: - Nie dotykajcie twarzy swoimi dłońmi! - Po powrocie do domu bardzo dokładanie umyjcie ręce koniecznie używając mydła! Aby na placach zabaw zawsze było bezpiecznie i miło trzeba przestrzegać regulaminu, np. takiego jak ten poniżej: Karta 2 Widzicie tam małe obrazki? To są zasady ujęte w formie prostej ilustracji. Domyślacie się co one oznaczają? Wszystkie te obrazki czegoś zakazują na danym placu zabaw: zakaz wprowadzania psów, zakaz śmiecenia, zakaz gry w piłkę, zakaz jazdy na rowerze, zakaz wchodzenia na dachy, zakaz palenia, zakaz bujania się w kilka osób. Zadanie 2 Spróbujcie narysować taki symboliczny znaczek, który przedstawia jakąś zasadę obowiązującą podczas epidemii koronawirusa, np. nakaz noszenia maseczek, zakaz kichania, zakaz dotykania twarzy. Jeżeli coś zakazujecie to trzeba cały obrazek przekreślić na czerwono. Zadanie 3 Postarajcie się przeczytać tekst w waszych ćwiczeniach (czyli Kartach Pracy) – s. 61. Następnie na str. 62 trzeba przeczytać zdania i podkreślić właściwy wyraz pasujący do obrazka. Miłego tygodnia! Pozdrawiam. Witajcie drogie dzieci! Czas bardzo szybko ucieka. Pamiętacie, że mamy już czerwiec? Oto zadania dla Was: Zadanie 1 Rozmawiamy w tym tygodniu o dzieciach: o tym, że są różne dzieci na całym świecie. Dziś dowiecie się więcej o Prawach Dziecka. Popatrzcie na obrazek 1 – jest tam wierszyk oraz ilustracja. Zapoznajcie się z nimi: Obrazek 1 Pamiętajcie, że każde dziecko ma swoje prawa, ale również obowiązki: - Prawo do posiadania rodziny – obowiązek kochania i szanowania rodziców - Prawo do opieki medycznej – obowiązek dbania o zdrowie - Prawo do wypowiedzi – obowiązek wysłuchania innych i akceptowania odmiennego zdania - Prawo do nauki – obowiązek uczenia się i rozwijania swoich zdolności - Prawo do godności i szacunku - obowiązek szanowania siebie i innych - Prawo do ochrony przed agresją i zaniedbaniem – nie stosowanie przemocy , agresji wobec innych. Wykonajcie teraz zadanie w Kartach Pracy, s. 47 i 48 Zadanie 2 Zadanie z matematyki: Popatrz na obrazek 2 Wykonaj zadania w ćwiczeniach na str. 41 i 49 ( wykorzystaj naklejki) Zadanie 3 Czas na ćwiczenia gimnastyczne. Wykonuj je dokładnie by mieć prawidłową postawę. To już wszystkie zadania na dziś. Proszę pracuj wytrwale i sumiennie, by dobrze przygotować się do kolejnego roku szkolnego. Pozdrawiam. Pani Ania Witajcie drogie dzieci! Wczoraj był Dzień Dziecka. Mam nadzieję, że spędziliście go miło. W tym tygodniu omówimy temat „Dzieci Świata”. Zadanie 1 Obejrzycie proszę film o tym jak różne dzieci są na świecie. Dzieci są różne: mają różne kolor skóry, inny sposób ubierania się, inne zwyczaje, różne zabawki, inne domy, ale na pewno są też rzeczy, które łączą wszystkie dzieci: we wszystkich krajach dzieci lubią się bawić, uśmiechać i być przytulane przez swoich rodziców. Popatrzcie teraz na Obrazek 1 i połączcie dzieci z odpowiednim kontynentem. Obrazek 1 Wykonajcie teraz zadanie w Waszych ćwiczeniach: Kolekcja sześciolatka, s. 45 i 46. Zwróćcie uwagę, że właściwa nazwa dla Eskimosa to Inuita. Zróbcie też zadanie na str. 44. Zadanie 2 Zaczął się nowy miesiąc – CZERWIEC. Jest to szósty miesiąc roku. Posłuchajcie wierszyka: „Drogą do lasu idzie już czerwiec Z wiązanką chabrów i dzbanem czernic. Patrzy na łąkę mokrą od rosy: - Już czas najwyższy na sianokosy” Czernice to czarne jagody, a sianokosy to koszenie trawy. Popatrzcie na kartkę z kalendarza. Obrazek 2 Zadanie 3 Posłuchaj teraz piosenki pt. „Podajmy sobie ręce” zamieszczonej w linku poniżej: - Czy ta piosenka jest wesoła? - Czy zachęca dzieci do zgodnej zabawy? Oczywiście tak! Popatrz na Obrazek 3 i spróbuj się nauczyć refrenu. Obrazek 3 To już wszystko na dziś. Do czwartku. Pozdrawiam Was! Witajcie Zajączki! Oto zadania dla Was, związane z rodziną: Zadanie 1 Poćwiczymy dziś czytanie. Popatrzcie na Kartę Pracy nr 1 – samodzielnie przeczytajcie zdania, a te które kończą się 3 kropkami dokończcie zgodnie z prawdą. Następnie czas poćwiczyć wasze rączki - wykonajcie zadanie w waszych Kartach Pracy „Kolekcja sześciolatka” – s. 36 i 37 (jeśli nie macie książek to wystarczy narysować kwiatki dla mamy) Zadanie 2 W Waszych Kartach Pracy wykonajcie zadanie na str. 34 – trzeba uporządkować nazwy dni tygodnia naklejając kolejne cyferki. Popatrzcie na obrazek 1, który Wam podpowie, jak to wykonać. Zróbcie również zadanie na str. 35 – nie zajmie Wam to dużo czasu. Zadanie 3 Pamiętajcie o ćwiczeniach gimnastycznych, np. takich jak na poniższym filmiku: Miłego dnia! Witajcie drogie Zajączki! W tym tygodniu rozmawiamy o rodzinie, a zwłaszcza o mamie, ponieważ dzisiaj jest DZIEŃ MAMY! Koniecznie ucałujcie Swoje mamusie, złóżcie im życzenia i podziękujcie za wszystko co dla Was robią. W zadaniu 1 wykonajcie laurkę dla swojej mamy – możecie użyć kredek, mazaków, lub wycinanek. Możecie narysować swoją mamusie, lub serduszko lub kwiatki dla mamy. Ważne, żebyście się postarali i sprawili mamie radość. Poniżej znajdziecie wzory co możecie napisać i narysować mamie. Obrazek 1 Zadanie 2 Popatrz na obrazek nr 2 i wskaż odpowiednie dzieci. Obrazek 2 Bardzo fajnym prezentem dla mamy będzie, jeśli pomożecie mamie w różnych obowiązkach domowych. Pomagaj mamie codziennie, ale szczególnie dzisiaj, by mogła świętować Dzień Matki! Zadanie 3 Posłuchajcie piosenki „Moja wesoła rodzina” i spróbujcie nauczyć się refrenu: Refren: „Mama, tata, siostra, brat I ja to mój mały świat. Dużo słońca, czasem grad To wesoły jest mój świat!” Pozdrawiam Was serdecznie. Uściskajcie ode mnie Wasze mamy! Drogie dzieci! Chciałabym, byście posłuchały brzmienia różnych instrumentów, oto linki do krótkich filmików: - w tym filmie słyszymy dźwięki: fortepianu, saksofonu, perkusji, skrzypiec, trąbki, wiolonczeli i fletu. Kompozytorzy tworzą ciekawe, wspaniałe i wzruszające melodie, utwory i piosenki. Niektóre piosenki są poważne, inne nas uspokajają, jeszcze inne budzą grozę, lub zachęcają do tańca. Posłuchajcie tych piosenek i utworów. Wysłuchajcie do końca i wybierzcie swój ulubiony utwór. pszczółka Maja muzyka klasyczna dla dzieci radosna muzyka walc kwiatów P. Czajkowski Muzyka wpływa na nasz nastrój, prawda? Jest bardzo różnorodna. Warto jej słuchać i bawić się przy niej! Zadanie plastyczne: Możecie również pod wpływem jednego z utworów stworzyć dowolny rysunek. Mogą być to swobodne linie, lub to co kojarzy Wam się z wysłuchana muzyką. A teraz niech poćwiczą Wasze rączki. Zróbcie proszę zadanie w ćwiczeniach na stronie 29. Zróbcie również zadanie na stronie 26 – są to tańczący kosmici. Zadanie matematyczne: Popatrzcie na zadanie na obrazku. Podobne macie do wykonania w ćwiczeniach. Obrazek 1. Teraz wykonajcie zadanie w ćwiczeniach na stronie 27. Miłej i owocnej pracy. Pozdrawiam. Pani Ania Witajcie kochane Zajączki! Teraz zadania dla Was będę umieszczać we wtorki i czwartki. W tym tygodniu nasz temat brzmi: „W świecie muzyki”. Posłuchajcie wierszyka: „ Muzyka, muzyka wszędzie jest, Słyszymy ją w lesie, na łące też. Słyszymy ją w domu, gdy cicho jest, Słyszymy ją także, gdy pada deszcz. Muzyka, muzyka wszędzie jest.” Muzyka, to po prostu wszystkie dźwięki, które nas otaczają. Oczywiście, to też dźwięki instrumentów. Obejrzycie film, aby dowiedzieć się więcej: Popatrzcie teraz na obrazek, a dowiecie się jak dzielą się instrumenty: Obrazek 1 Teraz wykonajcie zadanie w ćwiczeniach na stronie 23 . Zróbcie również ćwiczenie na str. 28 – nie musisz wykonywać wszystkich zadań dzisiaj. Kolejne zadania będą dopiero w czwartek. Zadanie 2 Zapraszam do ćwiczeń gimnastycznych, ale najpierw obejrzyjcie film o zdrowym trybie życie: Może dziś poćwiczycie z chłopcem i dziewczynką. W filmie mówią po angielsku, ale to nie przeszkadza, wystarczy patrzeć i naśladować. Zadanie 3 Zapraszam do grania. Nie macie instrumentów? Możecie wykorzystać zwykłą gazetę, lub po prostu wasze rączki. Przypomnijcie sobie piosenki z przedszkola i śpiewając je uderzajcie w gazetę. Oto przykładowe piosenki (podaje ich początek dla przypomnienia): „Chodzą mrówy chodzą i tupią nogami....” „ Papuga kolorowa wymyśla nowe słowa.....” „ Biegną słonie w maratonie....” Milej zabawy. Pozdrawiam Witajcie dzieci! „Pięknie jest na łące Kwiaty tu pachnące Orkiestra koników brzęczy A kolorów więcej niż tęczy” Jak słyszycie nadal rozmawiamy o łące. Zadanie 1 Obejrzyjcie proszę ten ciekawy film o wizycie pewnego skrzata na łące, a na pewno dowiecie się dużo nowych rzeczy. Łąka jest pełna życia, prawda? Jeśli uważnie oglądaliście film to dacie radę odpowiedzieć na pytania: Prawda czy fałsz? Jeśli nie znacie odpowiedzi na któreś pytanie, to obejrzyjcie film jeszcze raz. Mam dla Was jeszcze kolejne zagadki. Popatrzcie na Kartę Pracy 1Zadanie 2 Narysujcie motylka dowolną techniką: farby, kredki, pastele, mazaki. Możecie popatrzeć na szablon, albo jeśli jest taka możliwość możecie go wydrukować. Pamiętajcie, że motylek ma oba skrzydełka jednakowe. Czekam na Wasze prace na Messengerze. Obrazek 1 Pozdrawiam Was cieplutko! Pani Ania Witajcie wesołe Zajączki! Dziś poznamy ostatnią już literkę w przedszkolu. Zadanie 1 Obejrzycie film, który znajduje się pod tym linkiem. Poznajemy literkę h jak hamak. Literka h połączona z samogłoską brzmi jak śmiech, spróbujecie czytać i naśladować śmiech: hi – hi -hi – tak się śmieją dzieci; ha – ha – ha – tak się śmieją kobiety; hu – hu – hu – tak się śmieją dziadkowie; he – he – he – tak się śmieje Baba Jaga; A jakie imię zaczyna się na tą literkę? Halina, Hubert Zróbcie proszę zdanie w Kartach Pracy, s. 24. Kto nie ma ćwiczeń może zrobić zadanie w Karcie Pracy:Karta Pracy 1 Popatrzcie na kolejny filmik, żeby nauczyć się pisania literki h. Wystarczy jak obejrzycie pierwsze 2 minuty. Spróbujcie napisać literkę h, H na czystej kartce, a potem w Kartach Pracy s. 25 Zadanie 2 Teraz warto trochę poćwiczyć. Dziś proponuję Zumbę czyli ruch połączony z muzyką. Warto powtórzyć to ćwiczenie 2, 3 razy. Udanej zabawy! Pani Ania Witajcie moi drodzy! Kontynuujemy temat o łące i jej mieszkańcach. Dziś poznamy bliżej motylka. Zadanie 1 Posłuchajcie opowiadania: NIKT MNIE WIĘCEJ NIE ZOBACZY W. Kozłowski Gąsienica uważała się za bardzo piękną i nie ominęła ani jednej kropli rosy, żeby się w niej nie przejrzeć. - Ach, co to za uroda! – szeptała, oglądając ze wszystkich stron swój pospolity pyszczek i wyginając grzbiet, żeby popatrzeć na dwa złociste prążki. - Szkoda, że nikt nie zwraca na mnie uwagi! Aż raz zdarzyło się, że po łące chodziła dziewczynka i zbierała kwiaty. Gąsienica czym prędzej wypełzła na największy kwiatek. Dziewczynka spostrzegła ją i powiedziała: - Co to za brzydactwo! - Ach tak! – syknęła obrażona gąsienica. - Wobec tego nikt, nigdy, nigdzie, za nic na świecie, w żadnym wypadku i w żadnych okolicznościach więcej mnie nie zobaczy! Daję na to słowo honoru, uczciwej gąsienicy! Skoro się dało słowo honoru – należy go dotrzymać, zwłaszcza kiedy się jest gąsienicą i wpełzła na drzewo. Wyciągnęła z pyszczka jedwabną niteczkę i zaczęła się nią owijać. Snuje się niteczka, owija gąsienicę raz, drugi, trzeci, dziesiąty, setny... i wreszcie gąsienica zniknęła w miękkim jedwabnym kokonie. - Och, jaka jestem zmęczona! – westchnęła – ale owinęłam się znakomicie. W kokonie było ciepło... i nudno. Gąsienica ziewnęła raz, potem drugi i zasnęła. Mijał dzień za dniem. Letni wietrzyk kołysał gałązką, szeleściły cicho liście, a obrażona gąsienica spała i spała. Obudziła się wreszcie – widocznie słońce musiało mocno dogrzewać, bo w końcu upał był nieznośny. - Muszę przewietrzyć trochę mój domek! – postanowiła i wyskrobała małe okienko w kokonie. - Ach, jak pięknie pachną kwiaty, gąsienica wychyliła się nieco – nikt mnie tu wśród listków nie zauważy, co mam sobie żałować powietrza – pomyślała. Wychyliła się jeszcze troszeczkę, znowu troszeczkę i... wypadła ze swojej kryjówki! Ale zamiast spaść z drzewa na ziemię uniosła się do góry. I nagle na tej samej łące zobaczyła tę samą dziewczynkę – co za wstyd – pomyślała – że jestem brzydka, to nie moja wina. - Zrozpaczona upadła na trawę. A wtedy nadbiegła dziewczynka i zawołała: - Ach, jaki piękny! - Czyżby to o mnie mowa? – szepnęła zdziwiona gąsienica – zdaje się, że o mnie. Na wszelki wypadek przejrzała się jednak w kropli rosy. - Cóż to takiego? W lusterku ktoś nieznajomy z długimi, bardzo długimi wąsami. Wygięła grzbiet. Na grzbiecie są dwa piękne, kolorowe skrzydła! - Patrzcie, patrzcie stał się cud – jestem motylem! I kolorowy motylek poszybował wysoko nad łąką, bo przecież on nie dawał motylkowego słowa honoru, że nikt go nie ujrzy. Popatrzcie teraz na Kartę pracy 1– są tam ilustracje do tego opowiadania. Sprawdźcie, czy obrazki są we właściwej kolejności. Tylko jeden obrazek był na niewłaściwym miejscu – 4 obrazek powinien być na końcu, prawda? Tak właśnie wygląda życie motyla – najpierw jest gąsienicą, potem owija się kokonem i w środku, powoli zamienia się w pięknego motyla. Na łące są piękne kwiaty. Wasze zadanie to narysować na kartce dużo kwiatów: o różnych kolorach i różnych płatkach, a następnie można dorysować lub dokleić trawkę z bibuły. Dorysujcie też mieszkańców łąki. Popatrzcie na obrazek 1, który wskazuje jak wykonać zadanie. Zadanie 2 Popatrzcie na Kartę Pracy 2 – są tam zadania na odejmowanie. Po zapoznaniu się z Kartą Pracy rozwiążcie proszę zadanie w Kartach Pracy, s. 14 i s. 20. Trzymam za Was kciuki. Pa. . Witajcie drogie dzieci! Zadanie 1 Dziś poznamy nową literkę. Najpierw zagadka: „Zrobię dołek, zrobię rów, to usypię kopczyk znów. Chwyć mnie mocno, oprzyj nogę, cały ogród skopać mogę” Odpowiedź – łopata. Podzielcie to słowo na sylaby i na głoski. Czy już wiecie jaką literkę poznamy? Literkę ł. Spójrzcie na obrazek 1 i pomyślcie co Wam ta literka przypomina. Obrazek 1 Przede wszystkim ta litera jest podobna do litery l, tylko ma dodatkową kreskę. Pomyślcie teraz jakie wyrazy zaczynają się na ł? Następnie popatrzcie na obrazek 2 i wskażcie te ilustracje, które na początku maja literkę ł. Obrazek 2 Pamiętacie, że w przedszkolu zawsze poszukiwaliśmy zwierzę na daną literkę, dlatego na obrazku 2 znajduje się zwierzę - łasica. Proszę spróbujcie narysować literkę ł, Ł oraz jakiś obrazek, który zaczyna się tą literką. Zadanie dla sześciolatków: Karty Pracy, cz. 4, s. 4 i 5. Poćwiczcie koniecznie czytanie wyrazów. Zadanie 2 Czas na ćwiczenia gimnastyczne. Najlepiej będzie, gdy przebierzecie się w strój do ćwiczeń. Link do ćwiczeń poniżej. Powodzenia! Miłego dnia! Witajcie kochani! Mam nadzieję, że dobrze minął Wam ten weekend. Mamy już nowy miesiąc – maj. To piękny miesiąc – wszystkie drzewa i krzaki zielenią się, a na łące pojawiają się kolorowe kwiaty. Zadanie 1 Popatrz na obrazek 1 i znajdź na nim dziecko, które symbolizuje maj. Czy widzisz jakie tam są zwierzęta? Utrwalcie nazwy wszystkich miesięcy i policzcie, którym z kolei miesiącem jest maj: Obrazek 1 Na obrazku jest motyl i ważka, a na ramieniu ptaszek. W maju ptaszki pięknie śpiewają. Popatrz na obrazek nr 2 i postaraj się zapamiętać jak najwięcej szczegółów: Obrazek 2 Odpowiedz teraz na pytania (staraj się odpowiadać z pamięci): - Ile osób jest na obrazku? - Jaka jest pogoda? - Jak myślisz co robi ta rodzina? - Jak wygląda niebo? - Czy na obrazku jest dużo kwiatów? Taki właśnie jest najczęściej maj: pogodny, ciepły i kolorowy. Zachęca nas by wyjść na dwór: na spacer, na rower, żeby pograć w piłkę... Was również do tego zachęcam. Pamiętajcie tylko o maseczkach, a po powrocie dokładnie umyjcie rączki. Zadanie 2 W tym tygodniu będziemy rozmawiać o wiosennej łące i o jej mieszkańcach. Popatrz na obrazek 3 i wykonaj polecenie, które tam jest zawarte. Obrazek 3 Proszę, by sześciolatki wykonały zadanie w Kartach Pracy, cz. 4 na stronie 16 i 17. Możecie zrobić je dziś lub jutro. Każde chętne dziecko może narysować jednego lub więcej mieszkańca łąki, np.: biedronki, motyle, pszczółki lub zajączki, krety, żabki. Na obrazku 4 znajdują się kwiaty, które często możemy zobaczyć na łące. Popatrzcie jak wyglądają i spróbujcie zapamiętać ich nazwy. Obrazek 4 Miłej zabawy. Powodzenia! Witajcie dzieci! Mam nadzieję, że pamiętacie o częstym i dokładnym myciu rąk! To bardzo ważne, szczególnie teraz, by chronić się przed zarazkami! Niedługo będą święta państwowe i w wielu miejscach w Sztumie pojawią się flagi. Czy wiecie, że 2 maja to Dzień Flagi? Każde państwo ma swoją flagę. Nasze barwy narodowe to biały i czerwony, gdyż takie kolory znajdują się na fladze oraz na godle Polski. W zadaniu 1 chciałabym, byście stworzyli pracę plastyczną właśnie w barwach narodowych. Może to być flaga, lub godło, mogą to być kwiaty biało – czerwone, kotylion albo serce. Możecie użyć kredek, wycinanek lub farb. Poniżej prace, które mogą Was zainspirować, czyli podpowiedzieć co może znaleźć się w Waszej pracy: Obrazek 1 Zadanie 2 Przypomnimy sobie dzisiaj, jakie figury już znamy. Popatrzcie na Kartę Pracy 1 i policzcie wszystkie figury. Karta Pracy 1 A więc, których figur było najwięcej? – Kół. Ale to nie wszystko. Przed chwilą liczyliśmy figury geometryczne płaskie czyli takie, które można łatwo narysować. Dziś poznamy bryły – figury przestrzenne. Najłatwiej wytłumaczyć to na przykładzie. Popatrzcie na Kartę Pracy 2 Karta Pracy 2 Poznaliśmy kulę, kolejna bryła to sześcian. Zobacz jak wygląda: Karta Pracy 3 Rozejrzyjcie się teraz po swoim domu i poszukajcie co ma kształt kuli, a co sześcianu. Bryły np. kula, sześcian jest trudniej narysować, gdyż one nie są płaskie, ale możesz spróbować narysować figury płaskie (koło, kwadrat, trójkąt, prostokąt) i jakąś bryłę, np. piłkę. Powodzenia. Witajcie miłe Zajączki! Już niedługo będziemy obchodzić dwa święta państwowe: 1 maja – Święto Pracy 3 maja – Ustanowienie Konstytucji Trzeciego Maja Dlatego uczymy się o Polsce i utrwalamy różne wiadomości z nią związane. Popatrzcie na Kartę Pracy 1 i połączcie wyraz z właściwym obrazkiem. Karta Pracy 1 Zadanie 1 Każdy kto uczy się o Polsce, musi też wiedzieć, że Polska należy do Unii Europejskiej. Obejrzyjcie film, a potem odpowiedzcie na pytania. - Jak nazywa się kontynent na którym leży Polska? Czy jest to Azja, Ameryka czy Europa? - Unia Europejska to porozumienie jakie zawarły ze sobą kraje europejskie. Razem tworzymy wielką rodzinę. - Jak nazywa się największa rzeka w Europie? - Czy można swobodnie podróżować po Unii Europejskiej? - W jakim języku najłatwiej jest się porozumieć w Unii Europejskie? Dobrze, że uczymy się tego języka w naszym przedszkolu. Popatrzcie na Kartę Pracy 2 – są tam flagi różnych państw, które należą do Unii. Na środku znajduje się flaga Unii Europejskiej, a gdzie jest flaga Polski – wskażcie ją. Zadanie 2 Zabawa logopedyczna: „Pobudka” Każdego dnia rano budzi się nasze ciało: nasze ręce, nogi, oczy, głowa (poruszamy wymienionymi częściami ciała) Budzi się także nasza buzia: najpierw ziewa (ziewamy), potem zamyka najmocniej jak się da (zamykamy usta w dzióbek najmocniej jak się da); Budzi się także język i zaczyna dzień od gimnastyki. Najpierw przeciąga się (wysuwamy język z buzi), podnosi (unosimy język w stronę nosa) i opada (kierujemy język w stronę brody). Zagląda w stronę prawego ucha i lewego ucha. Język wykonuje też ćwiczenia wewnątrz buzi: podskakuje do każdego zęba (język dotyka każdego zęba u góry i na dole), a następnie czyści sufit (przejeżdżamy językiem po podniebieniu). I gotowe! Każda buzia przesyła teraz uśmiechy i buziaczki wszystkim dookoła. Pamiętajcie też, by systematycznie ćwiczyć Wasze ciało! Pozdrawiam. Pani Ania Witajcie drogie dzieci! Zadanie 1: Dziś chciałabym byście przypomnieli sobie różne informacje związane z naszą ojczyzną, czyli z Polską. Jest to bardzo ważny temat. Obejrzycie film, który jest pod tym linkiem bardzo uważnie, a dowiecie się jaka jest legenda o początkach państwa polskiego oraz jakie są nasze symbole narodowe. Odpowiedzcie teraz na pytania: - Jak nazywa się nasza ojczyzna? - O czym opowiada legenda? - Jak nazywał się człowiek, który według legendy założył państwo polskie? Popatrzcie teraz na Obrazek 1 i sprawdźcie czy pod każdym obrazkiem jest właściwy podpis. Obrazek 1 Każdy kto mieszka w Polsce powinien wiedzieć jak nazywa się nasz kraj, jak wygląda flaga i godło Polski oraz jak brzmi nasz hymn czyli Mazurek Dąbrowskiego. Postarajcie się to wszystko zapamiętać! Zadanie 2 A teraz muzyczne zadanie. Posłuchacie tej wesołej piosenki, która zbierze nas w podróż po Polsce. Podczas refrenu machajcie rękami jakbyście trzymali flagę, podczas zwrotek naśladujcie jazdę pociągiem. A może nauczycie się refrenu: „Jesteśmy Polką i Polakiem Dziewczynką fajną i chłopakiem. Kochamy Polskę z całych sił Chcemy byś również kochał ją i ty, i ty!” Człowiek, który kocha swoją ojczyznę to PATRIOTA! Miłej zabawy! Witajcie drogie dzieci! Dzisiaj jest Dzień Ziemi – najlepszy prezent to taki, żeby każdy z nas segregował śmieci i nie marnował wody! Dziś poznamy kolejną literkę, ale najpierw zagadka: „W oczach się mieni biel przy czerwieni powiewa w święto na polskiej ziemi”. Odpowiedź: flaga Podzielcie to słowo na sylaby, a następnie na głoski: fla – ga, f-l-a-g-a Popatrzcie na obrazek nr 1, zobaczcie jak wygląda ta litera i znajdźcie wyrazy rozpoczynające się tą głoską, podzielcie z pomocą mamy te wyrazy na głoski: Obrazek nr 1 Popatrzcie na Obrazek nr 2 i zobaczcie jak wygląda pisana oraz drukowana litera f mała i wielka. Zastanówcie się czy coś Wam przypomina. Popatrzcie też w jaki sposób piszemy literkę f małą i wielką i spróbujcie ją zapisać na jakiejś kartce. Czas na kartę pracy – pokazałam na niej literki f zapisane różną czcionką. Spróbujcie je odnaleźć, a następnie przeczytajcie imiona i wyrazy zawierające literę f. Karta Pracy 2. Zadanie 2 Czas na ćwiczenia! Proponuję byście dziś poćwiczyli patrząc na filmik. Będzie potrzebna piłka, ale można też użyć maskotki lub poduszki. POWODZENIA! Trzymam kciuki. Pani Ania Witam Was drogie Zajączki! Czy wiecie, że w środę jest Dzień Ziemi? To tak jakby Ziemia miała urodziny! Pamiętajcie: ZIEMIA to nasz DOM, czyli wspólne miejsce do mieszkania dla wszystkich ludzi, zwierząt i roślin i razem musimy o nią dbać! Zadanie 1 • Posłuchajcie piosenki „Nasza Planeta” - - Pomyślcie jaki jest nastrój tej piosenki (czy jest radosna, a może spokojna, poważna, czy smutna?) - Czy ta piosenka zachęca nas do marszu, podskoków, bujania się na boki, a może do spania? - O czym jest ta piosenka? Posłuchajcie uważnie jeszcze raz. - Refren brzmi: „Trzeba nam zieleni, czystej atmosfery. Segregacji śmieci. Pomogą w tym dzieci...” Naucz się tego refrenu i śpiewaj razem z dziećmi. Pamiętaj, nie śmieć tylko segreguj! Zadanie 2 Chciałabym, byście przypomnieli sobie i poćwiczyli pisanie cyfr od 1 do 10. Poniżej znaduje się Karta Pracy, a na niej pokazany jest sposób zapisu cyfr – małe cyfry wskazują, którą linię trzeba najpierw narysować, a strzałki wskazują w którą stronę. Możecie wziąć białą kartkę, ołówek i zapisywać kolejne cyfry. Trenujcie tak długo, aż Wasze cyfry będą ładne. Karta Pracy 1 – cyfry A teraz zróbcie zadanie na Karcie Pracy nr 2 – policzcie jabłka i zapiszcie wynik. Wynik możecie zapisać na jakiejś kartce i dać do sprawdzenia rodzicom. Karta Pracy 2 – policz Trzymam za Was kciuki! Witajcie drogie dzieci! Zadanie 1 Dzisiaj poznamy literkę. A jaką? Zagadka wam podpowie. „Kura je zniosła, mama przyniosła, ugotowała i dzieciom podała”. Co to jest? To jajko. A na jaką literkę zaczyna się wyraz jajko? Na j. Podzielimy słowo jajko na sylaby, a potem na głoski: jaj – ko , j-a-j-k-o Popatrzcie teraz na obrazek i znajdźcie wszystkie przedmioty zaczynające się na głoskę j, następnie podzielcie je na sylaby. Obrazek 1 Pomyślcie teraz czy znacie jakieś imiona na literkę J? Wymieńcie jak najwięcej. Popatrzcie teraz na Kartę Pracy – jest tam pokazane jak wygląda literka j, J pisana i drukowana. Jest tam kilka wyrazów Spróbujcie je przeczytać. Karta Pracy 1. Zadanie 2 W tym tygodniu rozmawiamy o ekologii. Popatrz teraz na obrazek 2. Obrazek 2 Są tam 2 zupełnie różne obrazki. Na jednym świat wygląda ponuro, bo jest zanieczyszczony przez fabrykę i wielu ludzi. Na drugi obrazek miło popatrzeć. Miałabym ochotę się tam wybrać, Ty pewnie też? Zadanie dla Ciebie: narysuj obrazek na którym przedstawisz piękny i czysty świat. Taki do którego miałbyś ochotę się wybrać. Możesz narysować jezioro, rzekę, las lub plac zabaw. Pamiętaj: żadnych śmieci i dymu!! Powodzenia. Pani Ania. Witajcie drogie Zajączki! Mam nadzieję, że miło i spokojnie spędziłyście święta. Posłuchajcie wierszyka: „Na odpady nie ma rady. Nie schowamy do szuflady Gór odpadów oraz śmieci - wiedzą o tym nawet dzieci! Segregujmy je dokładnie zamiast wrzucać jak popadanie I od dzisiaj śmiećmy z głową, Nowocześnie, postępowo Czyś jest biedny, czy bogaty Kładź oddzielnie szkło i szmaty I przedmioty metalowe I odpady plastikowe. Recyklingu dobre duszki Prędko zrobią z puszek puszki. Buteleczki z buteleczek Pudełeczka z pudełeczek. Niech się w końcu normą stanie Wtórne wykorzystywanie!” W tym tygodniu będziemy rozmawiać o ekologii – czyli o ochronie naszej przyrody. To bardzo ważne zagadnienie! Wierszyk mówi o recyklingu czyli o powtórnym wykorzystaniu odpadów, śmieci. Popatrz teraz na obrazek 1. Obrazek 1 – śmietniki Pokazano na nim do jakiego koloru śmietnika należy wyrzucać śmieci. - Jakie śmieci wrzucamy do zielonego śmietnika? - Jakie śmieci wrzucamy do żółtego śmietnika? - Jakie śmieci wrzucamy do niebieskiego pojemnika? - Jakie śmieci wrzucamy do szarego pojemnika (może być on również brązowy)? Jeżeli będziemy wrzucać śmieci do odpowiedniego pojemnika to zostaną one ponownie wykorzystane i w ten sposób nasza planeta będzie czystsza. Żeby utrwalić wiadomości możesz poprosić mamę lub tatę o wydrukowanie karty Pracy 1. Następnie pokoloruj śmietniki na odpowiednie kolory. Możesz też sam narysować 4 śmietniki w odpowiednich kolorach. Karta Pracy 1 Popatrz na obrazek dziewczynki, która obejmuje Ziemię. Jeśli dbasz o przyrodę i segregujesz śmieci, to tak jakbyś przytulił naszą planetę. Mam nadzieję, że teraz już zawsze będziesz to robić. Powodzenia! zadanie 2 Czas na gimnastykę! Zachęcam do ćwiczeń przy muzyce! Link poniżej: Pozdrawiam. Pani Ania Witajcie Drogie Zajączki! Już wkrótce święta! Oto zadanie dla Was: zadanie 1 W pierwszym zadaniu poćwiczymy dodawanie i odejmowanie. Posłuchajcie: Mama miała 3 pisanki niebieskie i 3 czerwone. Ile razem miała pisanek? Popatrz na Kartę Pracy nr 1 – czy widzisz, które obrazki pasują do tego zadania? Policz pisanki i podaj wynik. Oto kolejne zadanie: Mama miała 5 pisanek, ale 2 pisanki zbiły się. Ile pisanek zostało mamie? Czy widzisz, który obrazek pasuje do tego zadania? Popatrz uważnie i policz, ile zostało mamie pisanek. Karta Pracy 1 Popatrz teraz na Kartę Pracy nr 2 i policz. Karta Pracy 2 zadanie 2 Przed Wielkanocą robimy świąteczne porządki. I to jest właśnie zadanie dla Ciebie: włącz się w porządki, przygotowywanie potraw i dekorowanie domu. Na pewno sobie poradzisz, a rodzice będą zadowoleni. To przecież również Twój dom! Jeśli chcesz zrobić dekoracje lub ciekawie pomalować pisanki to poniżej znajdziesz obrazki, które mogą Cię zainspirować. POWODZENIA! Obrazki – dekoracje Życzę Ci Wesołych Świąt, dużo zdrowia i radości i oczywiście fajnych prezentów od Zajączka. Życzę też nam wszystkim żebyśmy się mogli w końcu zobaczyć!! Całuski. Pani Ania Witajcie Kochane Zajączki! Święta coraz bliżej, więc i dzisiejsze zadania będą z nimi związane. zadanie 1 Chciałabym żebyście spróbowali przeczytać wyrazy związane z Wielkanocą. Przeczytajcie i połączcie wyraz z właściwym obrazkiem. Karta Pracy 1 – wyrazy Chciałabym również byście ozdobili szablon jajka narysowany przez was lub mamę kolorowymi szlaczkami. Można użyć kredek, mazaków, ale też plasteliny. Przykładowe prace poniżej. Możecie również dodatkowo – jeśli jest taka możliwość wydrukować pisankę i rysować szlaczki po śladzie. Karta Pracy 2 – pisanki Karta Pracy 3 – kolorowanka zadanie 2 Czas na ćwiczenia gimnastyczne. Ruch to zdrowie: Spróbujcie zrobić linię na podłodze: ze skakanki, lub możecie przykleić taśmę malarską. 1. Przeskakujcie obunóż z jednej strony linii na drugą. 2. Idźcie wzdłuż linii przekładając prawą stopę na lewą stronę linii, a lewą stopę na prawa stronę linii. 3. Idziecie na czworakach wzdłuż linii tak, by prawa ręka i noga była po jednej stronie linii, a lewa ręka i noga po drugiej stronie linii. 4. Idźcie tak jak w poprzednim ćwiczeniu, ale tyłem. 5. W siadzie skrzyżnym, z wyprostowanymi plecami rysujcie w powietrzu pisanki. 6. Stańcie prosto w lekkim rozkroku i spróbujcie zrobić skłony, tak by dotknąć palcami podłogi (nogi w kolanach są wyprostowane). 7. Idźcie po linii tiptopkami – stopa przed stopę. Ręce powinny być wyciągnięte w bok dla zachowania równowagi. 8. Naśladujcie skoki zajączka. 9. Zróbcie głębokie wdechy i wydechy. To już koniec ćwiczeń. Gratuluje wytrwałości. Ściskam Was mocno. Pani Ania zadanie 1 Zbliża się do nas Wielkanoc – radosne i ważne święta. Wysłuchaj wiersza Doroty Gellner pt. „Wielkanocne kolory” i odpowiedz na pytania: „Na wielkanocnym stole kolor się miesza z kolorem. Śmieją się z każdej strony owsa wstążeczki zielone, bazie srebrne jak deszczyk... I co jeszcze? Przy obrusie biała falbanka, żółty dzwonek baranka, i tysiąc różnych kolorów na świątecznych pisankach!” Pytania: - O jakich świętach opowiada wiersz? - Jaki kolor ma owies? - Jaki kolor mają bazie? - Jaki kolor ma dzwonek baranka? - Jakie kolory mogą mieć pisanki? Święta Wielkanocne są bardzo kolorowe. Popatrz teraz na obrazek i nazwij tradycje związane z Wielkanocą. Obrazek – Wielkanoc 1. Pokaż gdzie znajduje się koszyczek ze święconką? – w Wielka Sobotę święci się pokarmy, które potem zjada się podczas śniadania wielkanocnego. Niestety w tym roku nie możemy tego zrobić... 2. Pokaż gdzie znajdują się: zajączek, kurczaczek, kaczuszka, baranek – te zwierzęta symbolizują Wielkanoc. 3. Pokaż gdzie znajduje się stół – na nim są produkty, które zjadamy na śniadanie wielkanocne. 4. Pokaż obrazek na którym malują jajka – na Wielkanoc maluje się i ozdabia w różny sposób jajka, które w ten sposób stają się pisankami. 5. Czy widzisz chłopców, którzy polewają się wodą? – ten zwyczaj to Śmigus Dyngus!! W Poniedziałek Wielkanocny wszyscy oblewają się wodą. 6. I jeszcze jeden ważny zwyczaj – to Zajączek, który przynosi dzieciom prezenty!! Święta Wielkanocne są bardzo wesołe i kolorowe! zadanie 2 Posłuchajcie wiosennej piosenki pt. „Maszeruje wiosna” – spróbujcie naśladować gestem i ruchem słowa piosenki. Miłej zabawy! Pozdrawiam pani Ania Witajcie kochane Zajączki! Oto zadania: zadanie 1 Narysujcie obrazek na białej kartce A4 zgodnie z podaną instrukcją: 1. Narysuj trawkę na dole kartki. 2. Na środku trawki narysuj zielone drzewko. 3. Nad drzewem płyną 2 chmurki. 4. W prawym górnym rogu świeci słoneczko. 5. Obok drzewa, po prawej stronie latają 3 biedronki. 6. Po lewej stronie od drzewa latają 2 motylki. 7. Na trawie rośnie dużo kwiatków. Narysuj ile chcesz. Możesz dorysować to co ci się podoba i pasuje do wiosennego obrazka. Powodzenia. zadanie 2 W kolejnym zadaniu chciałabym, abyśmy porozmawiali o emocjach. Pamiętajcie, że każdy człowiek przeżywa różne emocje. Emocje nie są dobre, ani złe! Po prostu są. Niektóre są nieprzyjemne, inne fajne. Ważne byśmy czując np. gniew czy złość nie krzywdzili innych! Ważne, by swoje emocje nazwać, wtedy je łatwiej oswoimy. Popatrzcie na ilustracje i spróbujecie nazwać emocje, które widać na twarzy chłopca lub dziewczynki Obrazek – emocje Popatrzcie teraz do lusterka i naśladujecie różne miny. W jakim jesteście dziś nastroju? Ja jestem w dobrym nastroju, ale równocześnie troszkę mi smutno, że nie możemy się spotykać w przedszkolu. Do zobaczenia. Pozdrawiam cieplutko. Pani Ania zadanie1 Czy wiecie, że dziś zaczyna się nowy miesiąc? Nazywa się kwiecień, bo wtedy pojawia się dużo kwiatków. Popatrzcie teraz na ilustrację i zapamiętajcie jak najwięcej szczegółów. Obrazek – kwiecień Czy potraficie wymienić co znajdowało się na ilustracji? Spróbujecie! Czy zauważyliście na czym siedzi słoneczko? Jeśli nie to sprawdźcie. Słoneczko siedzi na saneczkach i zjeżdża po tęczy. Pod tęczą jest bałwan i kwiatek. Ten obrazek ilustruje znane przysłowie: „Kwiecień – plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata”. Oznacza to, że pogoda w kwietniu jest jeszcze zmienna. Może być bardzo gorąco, a za chwilę zimno. Mamy oczywiście wiosnę, więc tych ciepłych dni będzie coraz więcej. Chciałabym, żebyście zapamiętali to przysłowie o kwietniu. Powodzenia! miesiące - obrazek zadanie 2 Ruch to zdrowie. Nie możemy wychodzić na dwór, lecz codziennie powinniśmy się ruszać: tańczyć, ćwiczyć, itp. Dziś zapraszam Was do zabawy ruchowej. Poproście kogoś o skopiowanie linku i ruszajcie się tak jak podpowiadają nam na filmie. Miłej zabawy! • Trzymajcie się! Pani Ania Witajcie Kochane Zajączki! zadanie 1 Chciałabym, abyście dzisiaj byli bardzo kreatywni i znaleźli nowe zastosowanie dla zwykłych przedmiotów. Zgromadźcie proszę kilka z podanych przez mnie przedmiotów: rolki po papierze, stare gazety, plastikowe nakrętki, kubki po jogurcie, pudełko po butach. A teraz zastanówcie się w jaki sposób możecie je wykorzystać do zabawy, każdy z osobna lub kilka razem. - Na przykład możecie na pudełko po jogurcie naciągnąć gumkę recepturkę i już macie mały instrument; - plastikowe nakrętki można układać w kolorowe mozaiki lub narysować dla nich tor – drogę i przesuwać po nim korki pstrykając w nie; - rolki po papierze mogą stać się lornetkami – popatrzcie przez nie na świat za oknem, na chmury, drzewa, otaczający świat. miesiace Powodzenia w wymyślaniu różnych nietypowych zastosowań. zadanie 2 Chciałabym abyście utrwalili znajomość nazw kolejnych miesięcy. obrazek - miesiące Pozdrawiam ciepło. Pani Ania WITAJCIE zadanie 1 Dzisiaj poznamy bliżej literkę g. Popatrzcie na ilustrację na Karcie Pracy nr 1 i odpowiedzcie na pytania: - Które obrazki zaczynają się na głoskę g? Podzielcie je na sylaby. - A teraz słowo „garnek” podzielcie na sylaby, a następnie na głoski. - Czy znacie jakieś inne przedmioty lub zwierzęta, rośliny, które zaczynają się na tą głoskę? Spróbujcie wymienić jak najwięcej. - Popatrzcie na Kartę Pracy nr 2 – przyjrzyjcie się uważnie jak wygląda mała i wielka litera g drukowana oraz jak wygląda literka g pisana. Czy coś Wam przypomina swoim kształtem? - Spróbujcie napisać pisaną literkę g, G w powietrzu, a potem paluszkiem na stole. Zwróćcie uwagę na odpowiedni kierunek, zgodnie ze strzałkami. - A czy znacie imiona na literkę G? Może jest to ktoś w naszej grupie? Czy już wiecie kto to taki? - Spróbujcie na Karcie Pracy nr 1 odczytać sylaby i wyrazy tam umieszczone. zadanie 2 Skoro garnek jest dziś na pierwszym miejscu to poproście mamę o dowolny garnek z kuchni. - Obchodźcie się z nim ostrożnie, żeby nie upuścić go sobie na nogę. - Sprawdźcie jaki jest ciężki i czy ma uszy? Jakiego jest koloru? - Spróbujcie zagrać na nim: paluszkami, zastukajcie zgiętym paluszkiem, zagrajcie na odwróconym garnku całymi dłońmi. - Popukajcie w boki garnka. Czy wydaje inne dźwięk? Czy coś ten dźwięk Wam przypomina? - Zaśpiewajcie dowolną piosenkę i grajcie przy tym na garnku w dowolny sposób. Miłej zabawy! Pani Ania ZAJĄCZKI zadanie 1 Mamy już wiosnę, dlatego zapraszam do wiosennej zabawy matematycznej, która znajduje się na karcie pracy. Jeśli nie możecie jej wydrukować, to poproście mamę, żeby Wam narysowała podobną ilustrację (nie jest to trudne). zadanie 2 Rozwiążcie wiosenne zagadki. Ma czerwone nogi, chociaż nie zmarzł wcale. Chce zielony przysmak w mokrej trawie znaleźć. Lata nad łąką w czerwonej kapotce, a na tej kapotce jest kropka przy kropce. Wzbija się w niebo ptaszek malutki i z góry przesyła wiosenne nutki, a każda nutka dźwięczy jak dzwonek. I już wiadomo, że to ........ Wystarczy, że dojrzy bociana z daleka – przerywa kumkanie, w podskokach ucieka. Gdy śnieg zginie, kwiaty rosną, a tę porę zwiemy … . Szarzeje i niknie w jesieni, wiosną na łące znów się zazieleni. Życzę wszystkiego dobrego. Pani Ania 2020 j. angielski Proszę o utrwalanie z dziećmi nazw kolorów i liczb w zakresie 1-10. Polecam piosenki na kanale - Colours -One little finger -Numbers( przygotuje dzieci do dalszego liczenia) - Our fovourite numbers song W ramach różnych zabaw polecam przygotowanie karteczek z liczbami od 1do 10oraz kolorami. Należy rozłożyć je na podłodze i np. papierową piłeczką próbować trafić na jedną z nich i powiedzieć co się na niej znajduje. W celu lepszego utrwalenia kolorów można pobawić się w grę „Give me something red”. Dzieci powinny podać przedmiot w tym kolorze. Należy zmieniać nazwy kolorów. W ramach pracy podsyłam kartę pracy:) Pozdrawaim Justna Kulecka zadanie 1 Prosimy rodziców o wysypanie na talerz, tackę lub pudełko po butach trochę surowej kaszy lub ryżu. Zadaniem dzieci jest rysowanie paluszkiem dowolnych wzorów, np. słoneczko, kwiat, chmurka. Następnie dzieci mogą próbować rysować poznane literki. Ważny jest kierunek pisanych liter (poniżej wzór liter pisanych). Ps. Nie uczyliśmy się liter takich jak: ą, ę, dz, ć, sz, ś, dź... wzór liter pisanych zadanie 2 Zapraszam do wiosennych ćwiczeń ruchowych: - Maszeruj wesoło w kółeczko wysoko unosząc kolana. - Poskacz jak mała żabka. - Stań na jednej nodze jak bocian i wytrzymaj kilka sekund. - Spaceruj po wiosennej łące udając, że zbierasz kwiatki. - Połóż się na plecach i głęboko oddychaj. - Leżąc posłuchaj odgłosów otoczenia. - Naśladuj latające, wiosenne motyle. Powodzenia. Pani Ania - zadanie 1 Poproś rodzica lub starsze rodzeństwo o przeczytanie bajki i odpowiedz na pytanie. O rybaku i złotej rybce - bajka polska Był pewien chłop, co już czterdzieści lat łowił ryby, ale bardzo mu się nie wiodło. Raz zarzucił sieci – wyłowił tylko morską trawę; zarzucił je drugi raz, patrzy, a tu rybka, nieduża, ale złota. Dopieroż to rybka prosi go, żeby ją puścił do wody: - Puść mnie, co tylko będziesz chciał, to ci dam – powiada rybka. Tak go prosiła, że ją w końcu puścił. Wraca chłop do domu i mówi do żony: - Wiesz, złapałem dzisiaj złotą rybkę, alem ją puścił, bo bardzo o to prosiła. Tyle, że mi obiecała, że co tylko będę chciał, to mogę dostać. Żona na to: - Oj, głupiś, głupi. Idź zaraz i poproś ją, żeby nam dała nowe koryto, bo stare się nam rozsypało. Poszedł chłop do morza, stanął na brzegu, zdjął czapkę i prosi, żeby rybka dała im nowe koryto. Wyszła rybka nad wodę i przemówiła: - Idź do domu, idź. Wraca chłop do domu, patrzy, stoi przed chałupą nowe koryto. Żona się ucieszyła, ale pomyślała sobie: >>Jak tak, to i więcej mogłaby nam rybka dać<<. - Idźże do niej, poproś, żebym była gospodynią z własnym gruntem i nową chałupą. Poszedł chłop nad wodę, zdjął kapelusz, ale nie śmie nic mówić. Wychyla się rybka z fali i pyta: - Czego jeszcze chcesz? Wytłumaczył jej, czego się żonie zachciało, a rybka mu na to, żeby wracał do domu. Wraca chłop, patrzy, a tam stoi nowa chałupa, a jego żona już bogatą gospodynią, chodzi sobie, nic nie robi, tylko pokrzykuje na parobków i służące. Jeszcze tego było jej za mało; po jakimś czasie powiada znów do męża zachłanna kobieta: - Idź no do tej twojej rybki, powiedz jej, żebym została wielką panią, z własnym dworem, końmi, powozem i służbą. Poszedł, poprosił, wraca do domu, a tu jego żona, ubrana w piękną suknię, siedzi sobie i wydaje rozkazy służbie, nic nie robi. Ale i to jej nie starczyło, znów wysyła chłopa z nowym zadaniem: - Na co mi być panią, kiedy mogę być samą królową. Idź, powiedz rybce, żeby mi tu stanął pałac królewski, a ja żebym była w nim królową. Poszedł chłop nad wodę, a rybka i to zrobiła. Przychodzi do domu, a tu jego żona chodzi w koronie, pełno pań i panów, służby i strażników z pałaszami; pytają go, czego tu chce. On na to, że do żony, czyli królowej, chciałby się dostać. Roześmieli się na to, a żona nie chciała na niego patrzeć, kazała go wygnać i psami poszczuła. Tak było przez tydzień, królowa z samymi królami się zabawiała, a po tygodniu kazała zawołać męża i mówi: - Mało mam służby, idź no do rybki i powiedz jej, żeby przyszła do mnie na służbę. Chłop się zląkł, ale co było robić. Poszedł nad wodę, czapkę zdjął, przeprasza rybkę i powiada jej, czego znów żonie się zachciało. Rybka na to nic się nie odezwała, tylko machnęła ogonkiem w obie strony i znikła w fali. Pomedytował chłop chwilę, a potem wraca do domu. Patrzy – nie ma zamku królewskiego, ani służby, ani panów, stoi stara chałupa pod lasem, jak stała, a jego żona siedzi na progu, płacze i zszywa podarte sieci. Pytania: - Co złowił rybak? - O co poprosiła na początku żona rybaka? - Co na końcu otrzymała od Złotej Rybki żona rybaka? Czy była zadowolona? - Dlaczego zona rybaka straciła wszystko? - Czy umiesz cieszyć się tym co masz? zadanie 2 Narysuj Złotą Rybkę dowolną techniką i na dowolnej kartce. Po zakończeniu kwarantanny możesz przynieść pracę do przedszkola. Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia. Pani Ania
Piękne słowa – czyli połączenia wyrazowe z przymiotnikiem piękny. Przymiotnik piękny utarł się też w niektórych idiomach. Wówczas zastąpienie go jakimkolwiek – wyżej wymienionym – wyrazem bliskoznacznym nie byłoby poprawne. Mowa o: literaturze pięknej, sztukach pięknych czy płci pięknej.

Sklep Książki Dla dzieci Wiek 9-12 Literatura Dziewczynka z atramentu i gwiazd (okładka twarda, Oferta : 26,82 zł Opis Opis Pełna przygód i magii, wciągająca opowieść o odwadze i przyjaźni! "Arinta była bardzo odważną dziewczyną. Mieszkała w samym środku wyspy Moya tysiąc lat temu, kiedy wyspa unosiła się na powierzchni oceanu niczym żywy statek. Nie było lasu, nie było granic, nie było Zapomnianych Ziem, a na każdym drzewie śpiewały ptaki. Pewnego dnia jednak ognisty demon, który zamieszkiwał niespokojne dno morza, zauważył przepiękną pływającą wyspę i zapragnął jej dla siebie. Demon nazywał się Yote…" Isabella ma trzynaście lat. Jest równie odważna co Arinta. Uwielbia słuchać legend opowiadanych przez Ta i studiować jego mapy, na których na pergaminie wyczarowuje dalekie kraje. Isa nie marzy jednak o podróży do egzotycznego Afrik, chce zwiedzić wzdłuż i wszerz rodzimą wyspę i narysować mapę Moya. Płonne nadzieje. Przyszło jej bowiem żyć w czasach terroru Gubernatora Adori, który odgrodził Gromerę od reszty wyspy, wygnał część mieszkańców, a reszcie broni dostępu do pobliskiego lasu i rozciągających się za nim Zapomnianych Ziem. Wszystko zmienia się, kiedy w tajemniczych okolicznościach znika córka Gubernatora i szkolna przyjaciółka Isabelli, Lupe. Adori szuka śmiałków do wyprawy poszukiwawczej. Przebrana za chłopca, uzbrojona w tusz, pergamin, wiedzę przekazaną przez Ta i mapę gwiazd, Isa zgłasza się do tej niecodziennej drużyny jako kartograf i przewodnik. Kierując się mapą, sercem i starożytnym mitem, Isabella odkryje w końcu prawdziwy cel swej podróży – musi ocalić wyspę Moya. "Dziewczynka z atramentu i gwiazd" uwodzi czytelnika pełnym kartograficznych znaków wnętrzem, przygodą i magią. "Prawa do tego błyskotliwego debiutu literackiego niespełna trzydziestoletniej, a już uznanej i nagradzanej Kiran Millwood Hargrave sprzedano dotychczas do 20 krajów! Fani Pullmana z pewnością pokochają tę powieść." Daily Express "Mistrzowsko zbilansowane połączenie słodyczy i mroku. Siła tej książki leży w niebywałym talencie autorki do snucia opowieści i kreowania mitologii." Financial Times "Pomysłowy i czarujący, ten debiut jest pełen magii i cudów." The Sun "Kiran Millwood Hargrave to autorka, o której z pewnością jeszcze usłyszycie. Jej pomysły są oryginalne, wyobraźnia imponująca, a okładka jej debiutanckiej książki to zdecydowanie najlepsza jak dotąd okładka tego roku." The Times Powyższy opis pochodzi od wydawcy. Dane szczegółowe Dane szczegółowe ID produktu: 1222071182 Tytuł: Dziewczynka z atramentu i gwiazd Autor: Millwood Hargrave Kiran Tłumaczenie: Jaszczurowska Maria Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Język wydania: polski Język oryginału: angielski Liczba stron: 270 Numer wydania: I Data premiery: 2019-04-03 Rok wydania: 2019 Forma: książka Wymiary produktu [mm]: 30 x 215 x 155 Indeks: 31413756 Recenzje Recenzje Dostawa i płatność Dostawa i płatność Prezentowane dane dotyczą zamówień dostarczanych i sprzedawanych przez empik. Inne z tego wydawnictwa Najczęściej kupowane

Nazwisko znanego historyka Normana Daviesa pochodzi od imienia któregoś z jego walijskich pra-pra-pra dziadków, który nazywał się Dafydd. I ma dziś 215,074 „krewnych”. 6. Angielskie nazwisko Brown. Brown to po angielsku kolor brązowy, ale też przezwisko osoby o brązowych włosach lub karnacji. W dzisiejszych czasach, chociaż jest

Czy mówi Wam coś nazwisko Lars Hansen? Wielbiciele i znawcy twórczości Joanny Chmielewskiej natychmiast skojarzą je z Alicją – najlepszą przyjaciółką pisarki mieszkającą w Danii, jednak to nie jej powinowaty. Z kolei miłośnicy białego szaleństwa mogą zerknąć na swoje kombinezony norweskiej firmy Helly Hansen, ale i oni będą w błędzie. W czasopiśmie poświęconym hi-fi nie będziemy się zajmować krytyką literacką ani testowaniem nart. Nie będzie zresztą takiej potrzeby. Lars Hansen produkuje bowiem jedne z najlepszych i najoryginalniejszych zespołów głośnikowych kuli ziemskiej. I to nie w tradycyjnym kolumnowym zagłębiu, czyli Skandynawii, ale w Kanadzie. Chociaż w sumie to też na firmy Hansen Audio liczy sobie raptem sześć lat. Imponująco to nie wygląda, ale jej twórca nie jest bynajmniej nowicjuszem w branży hi-fi. Wszystko zaś zaczęło się bardzo, bardzo zwyczajnie. Na skrzydłach entuzjazmuLars Hansen od młodości interesował się muzyką i już jako nastolatek, po kilku zmianach sprzętu, dojrzał do posiadania systemu stereo z wyższej półki. Jego wybór padł na zestaw pre/power Dynaco oraz najwyższy model kolumn tej firmy. I o ile do elektroniki nie miał zastrzeżeń, o tyle głośniki pozostawiały pewien niedosyt. Szukając kolumn, które byłyby w stanie ukazać pełen potencjał pieca Dynaco, Lars Hansen trafił na młodą, nieznaną jeszcze wtedy firmę Dahlquist i natychmiast zakochał się w jej debiutanckiej konstrukcji DQ-10. Nie on jeden zresztą, bo z czasem DQ-10 zostały otoczone prawdziwym kultem przez liczne grono posiadaczy. A wiąże się z nimi bardzo ciekawa lata po sprzedaży swojej firmy Superscope Inc. Saul Marantz usłyszał przypadkiem o pewnym człowieku, który miał istną obsesję na punkcie projektowania wysokiej klasy głośników. Co dziwniejsze, nie był nim jakiś samorodny geniusz, obliczający charakterystykę kolumn na kuchennym stole, lecz wykwalifikowany inżynier, pracujący w przemyśle lotniczym, w dodatku zajmujący się modułami lądownika księżycowego. Nazywał się Jon Dahlquist. Już na pierwszym spotkaniu Saul Marantz wyczuł wyjątkowość młodego projektanta i z miejsca postanowił objąć patronat nad jego działalnością. W początkach 1972 roku powstała firma Dahlquist Speakers, a kilka miesięcy później pojawiły się pierwsze zestawy o symbolu DQ-10. Swój publiczny debiut miały na nowojorskiej wystawie Hi-Fi i niezbyt urodziwe DQ-10, o niemal kwadratowym froncie, przypominały pierwsze elektrostaty B&W czy Quada. Wymagały w dodatku sporo miejsca wokół siebie, toteż trzeba było być prawdziwym entuzjastą marki, by ustawić je w salonie. O elektronikę, niezbędną do rozruszania tych landar, zadbał Jon Dahlquist, który kilkanaście miesięcy później wyprodukował dedykowany wzmacniacz dzielony, opracowany pod okiem Saula Marantza. Ze względu na to, że DQ-10 miały problemy z najniższymi częstotliwościami, Jon Dahlquist zaprojektował do nich... subwoofer. åwierć wieku przed narodzinami kina domowego!Kolumny Dahlquista pod względem brzmienia wywoływały skrajne opinie, ale Lars Hansen zapałał do nich wielkim uczuciem. Nie trzeba było długo czekać, by i on zasilił szeregi wyznawców kultu względu na modułową konstrukcję kolumny stanowiły wdzięczny materiał do modernizacji. Najczęściej majstrowano przy kopułkach wysokotonowych, elementach zwrotnicy i okablowaniu wewnętrznym. Zresztą firma sama zachęcała użytkowników do eksperymentowania z brzmieniem, co należy uznać za ewenement na skalę światową. Powstały nawet swoiste fankluby DQ-10 i to na długo przed erą koleją rzeczy wkrótce i para Larsa Hansena padła ofiarą poszukiwania najlepszego brzmienia pod słońcem. Rzecz jasna, młody audiofil nie poszedł na żywioł, lecz zanim odważył się rozkręcić ukochane głośniki, przeczytał pokaźną stertę czasopism i książek na temat budowy kolumn, akustyki i elektroniki. Nowa dziedzina wiedzy zafascynowała go na tyle, że jeszcze w szkole średniej postanowił zostać projektantem kolumn. Nie miał jednak zamiaru marnować życia na zbijanie banalnych skrzynek, lecz zamierzał tworzyć konstrukcje jeszcze lepsze niż DQ-10. Ech, młodość... Po ukończeniu szkoły średniej kontynuował więc naukę na uniwersytecie na wydziale elektroniki i akustyki. Śmierć legendyPo studiach Lars ruszył w świat z zamiarem zrobienia spektakularnej kariery w branży hi-fi, jednak życie zweryfikowało młodzieńcze zapędy. Pracując w różnych firmach, zajmował się konstrukcjami budżetowymi – zarówno kolumnami, jak i elektroniką, z których starał się wycisnąć maksimum możliwości. Jego największym sukcesem zawodowym był projekt kompletnej linii głośników sprzedawanych pod marką Legacy (nazwa nie ma nic wspólnego z obecnie produkowanymi zestawami), dzięki której w hermetycznym światku kolumniarzy zrobiło się o nim głośno. Aż pewnego pięknego dnia dostał propozycję objęcia prezesury w firmie... Dahlquist Speakers. Tak, tej samej!Mając w pamięci młodzieńcze fascynacje, świeżo upieczony pan prezes postanowił urzeczywistnić swoje marzenia i udoskonalić model DQ-10. Nowa wersja miała być hołdem złożonym tej wyjątkowej konstrukcji. Niejako przy okazji Hansen chciał też odświeżyć całą ofertę Dahlquista i wywindować ją na wyższą półkę cenową, adekwatną do walorów brzmieniowych. Choć poszczególne modele cieszyły się estymą wśród użytkowników, całość oferty lokowała się w dolnej strefie stanów średnich – np. para topowych DQ-10 przez długi czas kosztowała 500 dolarów, plus 200 za dedykowane nowych DQ-10 pokazano na wystawie CES w Las Vegas, gdzie spotkały się z przychylną reakcją specjalistów zaproszonych na odsłuchy. I choć Lars oczyma wyobraźni widział już triumfalny marsz nowych modeli przez salony i wystawy, napotkał na niespodziewane przeszkody na własnym dziadki z rady nadzorczej nie zdecydowały się wyłożyć pieniędzy niezbędnych do wdrożenia projektu. Trudno powiedzieć, czy przemawiało zatym wrodzone skąpstwo i asekuranctwo, czy też entuzjazm nowego prezesa wywołał w nich jakieś niezdrowe podejrzenia. Dość powiedzieć, że nie ugięli się pod naporem nawet najbardziej rzeczowych argumentów. Po kilku miesiącach bezowocnych perswazji Lars Hansen doszedł do wniosku, że dalsze piastowanie zaszczytnej funkcji prezesa Dahlquista nie ma najmniejszego myślicie, kto miał rację w tym sporze? Po odejściu Hansena Dahlquist kilkakrotnie przechodził z rąk do rąk. Dziś, wspominając lata minionej świetności, zajmuje się sprzedażą zestawów naprawczych do swoich dawnych konstrukcji oraz kitów dla hobbystów. Natomiast Lars... Nu, pagadi...Po fiasku projektu nowych DQ-10 Lars Hansen najzwyczajniej w świecie się wściekł. Czuł, że wymyka mu się z rąk szansa zrobienia czegoś wyjątkowego i nie miał zamiaru tego tak zostawić. Będąc prezesem Dahlquista, poznał mechanizmy funkcjonowania przedsiębiorstwa, o których wcześniej nie miał pojęcia. Doszedł do wniosku, że mając wolną rękę przy realizacji projektów i zaplecze finansowe, będzie w stanie sam poprowadzić firmę, która pokaże „wszystkim Dahlquistom świata”, gdzie raki zimują. Oczywiście w tym miejscu rodzi się pytanie o źródła finansowania fabryki w fazie budowy i przez pierwsze lata funkcjonowania, zanim zacznie przynosić ewentualne zyski. Rozważając różne warianty, także te pesymistyczne, Lars na siedzibę swego imperium wybrał niewielką miejscowość Richmond Hill w prowincji Ontario, będącej najludniejszym i najbardziej rozwiniętym ekonomicznie regionem Kanady. Duże ułatwienia dla początkujących przedsiębiorców, kredyty udzielane na preferencyjnych warunkach, sprawiły, że etap organizacji i rozwoju firmy wcale nie okazał się drogą przez mękę. Nie pytajcie tylko, dlaczego w Polsce początkujących przedsiębiorców traktuje się jak wyrzutki społeczne, choć formalnie kapitalizm mamy już od dwóch 2003 roku na gospodarczej mapie świata pojawiła się firma o nieskomplikowanej nazwie Hansen Audio. Wbrew pozorom nie świadczy ona o egocentryzmie założyciela. Z jednej strony Lars Hansen nie chciał się chować za przyłbicą anonimowej marki i wszystkie swoje produkty zamierzał firmować własnym nazwiskiem. Z drugiej, zdawał sobie sprawę, że dobra nazwa to połowa sukcesu. W anglojęzycznej prowincji Kanady nowa marka kolumn o skandynawskim brzmieniu od razu przyciągnie uwagę prasy i klientów, którzy niejako automatycznie, podświadomie obdarzą ją kredytem zaufania. Jednak Lars Hansen miał ambitniejsze plany, niż bycie „renomowanym producentem”. Jeszcze na etapie organizacji firmy postawił sobie wymagania teoretycznie nie do pierwsze, będzie produkować wyłącznie kolumny najwyższej jakości, bez linii budżetowych, obliczonych na szybki drugie, do budowy będzie używał tylko najlepszych i najnowocześniejszych komponentów, z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć trzecie, o ile nie da się inaczej, wszystkie elementy potrzebne do budowy kolumn będą wykonywane we własnym zakresie, tak by na bieżąco korygować ich parametry oraz uniezależnić się od zewnętrznych dostawców, dla których Hansen Audio będzie jedynie kolejnym że chodzi o kolumny głośnikowe, a nie statki kosmiczne, którymi człowiek ma podbić Czerwoną pod powyższymi deklaracjami może się podpisać każdy początkujący przedsiębiorca z branży hi-fi i żaden, podkreślam: żaden z nich nie wspomni nawet o zarabianiu pieniędzy. Wszyscy mają do spełnienia misję zbawienia świata i w ten styl zapewnienia Hansena wpisują się doskonale. Nie myślcie jednak, że mamy do czynienia z kolejną marketingową ściemą, której prawdziwym celem jest skok na kasę łatwowiernych klientów. O wyjątkowym podejściu Larsa do planowanej działalności świadczy już to, że pierwszy model miał być okrętem flagowym, referencyjną konstrukcją będącą wyznacznikiem potencjału firmy. Następne kolumny byłyby tylko zubożeniem topowego modelu. Podejście takie różni się od większości innych firm, które zazwyczaj zaczynają od niskiego, bezpiecznego pułapu, by później, po okrzepnięciu, wspinać się na wyższe poziomy, aż do flagowca, będącego ukoronowaniem dotychczasowej działalności. Jednak od przecięcia wstęgi na bramie fabryki do wyprodukowania pierwszej pary kolumn minęły długie miesiące. Umarł król, niech żyje król!Wprawdzie po opuszczeniu Dahlquista Lars Hansen nie doznał nagłego zaniku pamięci, ale powielanie DQ-10, nawet w najnowocześniejszym wcieleniu, nie wchodziło w grę. Szukając jakiejś inspiracji, która pozwoliłaby nadać konkretny kształt kilku luźnym projektom wiszącym na desce kreślarskiej, trafił na wysokotonowy przetwornik Scan Speaka, który był tak dobry, że, jak sam to określił: „nawet on nie mógł go poprawić”. Miękka kopułka równie dobrze przetwarzała dźwięki, jak i ciszę między nimi, co wcale nie jest równoznaczne. Wystarczyło tylko zaprojektować adekwatne do jej klasy przetworniki średnio- i niskotonowe, a reszta poszłaby z górki. Akurat!Po długich tygodniach eksperymentów z najróżniejszymi materiałami Hansen doszedł do wniosku, że tylko przetworniki wymyślone przez niego od podstaw dorównają Scan Speakowi. Głośniki opracowane przez Larsa mają membrany wykonane w technologii kanapkowej, określonej przez twórcę mianem The Multi Layer Cone. Pierwsza warstwa to włókno szklane spojone epoksydem. Druga, środkowa, to pianka Rohacel – jedno z najlżejszych tworzyw na świecie. Trzecia znów jest wykonana z epoksydu, jednak o innym składzie niż pierwsza. Powstałe w ten sposób membrany charakteryzują się wysoką sztywnością przy zachowaniu znikomej masy, co pozwala błyskawicznie reagować na impulsy, zapobiegając jednocześnie odkształcaniu się w trakcie przetwarzania sygnału komplet przetworników, Hansen zabrał się za zwrotnice. Z różnych względów w grę wchodziły wyłącznie układy pierwszego rzędu. Lutował je cyną z dodatkiem srebra w technice punkt-punkt. Teraz wystarczyło tylko zaprojektować obudowy, ale nad nimi Hansen ugrzązł na określił priorytety: sztywność konstrukcji, brak zniekształceń, szeroka dyspersja fal dźwiękowych i ich wyrównanie fazowe. Nad walorami estetycznymi pracowała miejscowa projektantka wnętrz, która przedstawiła Hansenowi kilka szkiców kolumn o niespotykanych kształtach. Oczywiście były to tylko inspiracje, a ich ostateczna forma miała zostać podporządkowana brzmieniu. Po przerzuceniu kilku ton MDF-u i innych materiałów drewnopochodnych, aluminiowych blach i najróżniejszych kompozytów, pozornie niezwiązanych z branżą hi-fi, Lars Hansen stanął przed ścianą: z grubsza wiedział, jaki cel chce osiągnąć, ale nie mógł znaleźć do niego właściwej drogi. A skoro żaden z dostępnych materiałów nie spełniał jego wymagań, nie pozostawało nic innego, jak wymyślić Composite Matrix, bo taką nosi nazwę, to kompozyt czasochłonny w produkcji i paskudny w obróbce, ale pozwala uzyskiwać dowolne kształty. Składa się z czterech warstw o różnej grubości, gęstości i składzie, których kolejność przypomina budowę membran: włókno szklane z epoksydem, Rohacel, znowu włókno z epoksydem i czwarta, wewnętrzna warstwa, wykonana z materiału wygłuszającego. Gotowe obudowy są wykańczane srebrną lub czarną farbą oraz kilkoma warstwami ostatecznym uformowaniu Hansen otrzymał bardzo sztywne i ciężkie skorupy, niemal obojętne akustycznie. Natomiast swój niespotykany kształt kolumny zawdzięczają nowatorskiemu spojrzeniu na redukcję niezgodności czasowej i niezgodności rozwiązuje się zazwyczaj na dwa sposoby: poprzez odchylenie do tyłu przednich ścianek lub całych kolumn. Niektórzy producenci stosują obie metody naraz, co ma jedną wadę. Przetworniki zamontowane na odchylonych przednich ściankach „patrzą”lekko do góry, co może być poczytywane za wadę konstrukcyjną kolumn. Larsowi Hansenowi oczywiście nieobca była ta wiedza, ale uważał, że głośniki powinny byś skierowane dokładnie w stronę miejsca odsłuchowego, a nie nad głowę słuchacza. Dlatego opracowane przez niego obudowy mają tak niezwykłe kształty, z cofniętą sekcją na zdjęcia, można dojść do wniosku, że wszystkie obudowy Hansena wyglądają naturalnie, niemal organicznie. Jest to jednak wynik wielu obliczeń i symulacji komputerowych. Gdy już wszystko, przynajmniej teoretycznie, wydawało się idealne, na przygotowanych formach wykonano prototypowe obudowy, które delikatnie „naciągano”, aż do uzyskania satysfakcjonujących efektów brzmieniowych i nad skonstruowaniem obudowy pierwszego modelu zajęły Hansenowi kilka miesięcy i pochłonęły setki tysięcy dolarów. W końcu, po wielu próbach, światło dzienne ujrzał Król. OrszakPierwsza konstrukcja z logo Hansen Audio o nieskromnej nazwie The King pokazała, że nawet najbardziej buńczuczne deklaracje głoszone przez założyciela były niczym wobec wrażenia, jakie debiutanckie kolumny wywarły na jest absolutnym wyjątkiem na głośnikowej mapie świata. Jest, żeby trzymać się muzycznych konotacji, jak pierwsza płyta Led Zeppelin, jak fenomenalna „Bohemian Rapsody” czy ponadczasowy album Pink Floydów z pryzmatem na okładce – jedyny w swoim rodzaju i choć znajdzie wielu naśladowców, pozostanie mała dygresja: przy niektórych modelach pojawia się sygnatura „V2”, świadcząca o jakichś zmianach konstrukcyjnych wprowadzonych w trakcie produkcji. Najprawdopodobniej chodzi o udoskonalenie zwrotnic, choć zarówno Lars Hansen, jak i wszechwiedzący Internet nie wypowiadają się na ten temat. Wróćmy więc do King V2 jest potężną trójdrożną kolumną podłogową, w której pracuje pięć głośników. W kłębie liczy sobie 160 cm wysokości, a masa 150 kg praktycznie uniemożliwia odsłuchy w pomieszczeniach znajdujących się powyżej parteru. Przytłaczająca większość obywateli USA i Kanady, czyli największych odbiorców kolumn Hansena, mieszka w domach jednorodzinnych, więc po rozebraniu części ściany spokojnie wjedzie tam wózek widłowy z królewskim kompletem na palecie. Albo można najpierw ustawić kolumny na działce, a później obudować je domem. O bezpieczny transport kolumn do posiadłości szczęśliwych nabywców dbają solidne, drewniane skrzynie. Każda waży 40 30-cm głośniki niskotonowe pozwalają Królowi zejść z basem w okolice 18 Hz, natomiast wysokotonowa kopułka Scan Speaka, lekko dopasowana do potrzeb Hansena, śmiało sięga 23 któregoś dnia Hansen zaprzestał produkcji flagowca, pierwszym chętnym w kolejce do korony jest The Emperor. Zaiste bije od niego prawdziwy majestat. W czterogłośnikowej trójdrożnej podłogówce wykorzystano te same głośniki, co w The King V2. Ze względu na wyposażenie Imperatora w jeden tylko przetwornik średniotonowy, górna część obudowy ma nieco mniejsze charakterystyczne wygięcie redukujące niezgodność fazową. Wprawdzie wicekról z Richmond Hill liczy sobie „tylko” 137 cm wysokości, ale nie schudł przez to ani o pretendentem do tronu jest Prince V2. Także i z niego jest chłop na schwał. Co prawda 90 kilo po kąpieli i goleniu może wywołać dreszcze u większości recenzentów mieszkających w blokach bez windy, ale kolumny te, jako jedyne z trzódki Hansena, padły ofiarą licznych testów oraz gościły na wszystkich liczących się wystawach sprzętu hi-fi i hi-end, także w Warszawie. Truizmem będzie stwierdzenie, że zdobyły wiele nagród, ponieważ Książęta zgarnęły już niemal wszystko, co było do podłogówki Hansena, The Knight, przy swoich poprzednikach sprawiają wrażenie wątłych intelektualistów stojących naprzeciw zawodników sumo. Metr wysokości i 48 kg lokuje je pośród większości kolumn podłogowych wyższej klasy, ale wśród zastosowanych technologii znajdziemy wszystko to, czym pyszni się Król, czyli kompozytową obudowę, 25-mm modyfikowanego Scan Speaka, dwa 18,2-cm kompozytowe głośniki Hansena oraz zwrotnice 1. rzędu, lutowane cyną z dodatkiem do tej pory monitor Hansen Audio nosi nazwę The Elixir. Można powiedzieć, że jest okrojoną wersją Rycerzy, bowiem pracuje w nim tylko jeden 18,2-cm przetwornik orszak zamykają dwie konstrukcje przeznaczone do instalacji wielokanałowych: głośnik centralny The Wizard oraz subwoofer o nazwie The Dragonslayer. Lepszej nazwy projektant już nie mógł wymyślić. Reklama Dynastii ciąg dalszyPytany o przyszłość Lars Hansen zrobił tajemniczą minę i bąknął coś o nowej kolumnie, która wkrótce pojawi się w katalogu. Choć założycielem dynastii jest The King, nowa konstrukcja ma w hierarchii stanąć wyżej od niego. Na nic się zdało molestowanie o zdradzenie bliższych szczegółów, choćby nazwy, ale pomyślcie, co może być nad królem? Bóg albo... królowa. Autor: Mariusz ZwolińskiŹródło: HFiM 12/2009 Pobierz ten artykuł jako PDF
Wzmacniacz dla głośników S90 jest możliwe przy zalecanej mocy od 50 do 150 Hz. Moc znamionowa zestawu głośników to 35 watów, maksymalna moc to 90, a moc krótkotrwała to 600. Wymiary głośników S90 to 710 x 360 x 285 milimetrów. Waga jednej kolumny to 23 kilogramy. Kolumny w kolumnach S90: niskiej częstotliwości 75 GDN-1-4 o
Co skłoniło cię do nauki języka migowego? Pierwsze próby podjęłam w liceum, ale wtedy mnie to absolutnie nie wciągnęło. Natomiast pięć lat temu, przy pracy nad Parsifalem 1,Kirsten Dehlholm z grupy Hotel Pro Forma wymyśliła sobie, że Parsifal to postać inna i niezrozumiana przez pozostałych bohaterów, dlatego powinna porozumiewać się w języku migowym. Niemożliwe było znalezienie śpiewaka, który potrafiłby migać, zresztą obsada już chyba była wtedy wybrana, więc pojawił się pomysł tłumaczenia cieniowego (ktoś miał chodzić za Parsifalem krok w krok i tłumaczyć na migowy wszystko co śpiewa). Tak trafiliśmy na Olgierda Kosibę. Gdy zobaczyłam go na scenie, zrozumiałam, że miganie to nie tylko forma komunikacji, ale także – po prostu – coś pięknego, forma ekspresji, którą sama chciałabym wykorzystać. Więc pięć lat temu zaczęła się moja przygoda z migowym na serio. Ukończyłam wszystkie etapy edukacji, pojechałam na kurs wykładowców języka migowego… A jakie są etapy edukacji przy nauce tego języka? Są szkoły i certyfikaty? Tak, są kilkustopniowe kursy organizowane przez różne stowarzyszenia. W Poznaniu to przede wszystkim Towarzystwo Tłumaczy i Wykładowców Języka Migowego GEST, w którym ja się uczyłam, ale i inne organizacje zajmujące się Głuchymi, takie jak Polski Związek Głuchych czy poznańskie Towarzystwo Osób Niesłyszących organizują takie kursy. Oczywiście najfajniej jest, kiedy prowadzą je głusi lektorzy. Ja akurat miałam lektorów słyszących, ale bardzo mocno zanurzonych w tym środowisku, w kulturze Głuchych. Ponadto szybko, trochę przez przypadek, trafiłam do Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym, gdzie już zostałam i tam mam kontakt z natywnymi użytkownikami języka migowego. Bez kontaktu z osobami, dla których to jest pierwszy język, nauka w ogóle nie ma sensu. Bo są właściwie dwa języki migowe, tak? Właściwie nie. W Polsce jest polski język migowy (PJM), a ta druga metoda to system językowo-migowy (SJM) – to nie jest język, tylko forma komunikacji stworzona przez słyszących po to, żeby mogli się łatwiej dogadać z Głuchymi. SJM to po prostu przeniesienie szyku zdania według gramatyki języka polskiego, słowo w słowo, na znaki. Przy używaniu SJM i przy tłumaczeniu go rodzi się dużo kuriozalnych sytuacji – tak jak przy bardzo dosłownym tłumaczeniu z każdego innego języka. Bez znajomości kontekstu, kultury Głuchych przy takim dosłownym tłumaczeniu wiele rzeczy umyka. Jest oczywiście całkiem sporo użytkowników SJM, ale to są w większości osoby słabosłyszące lub ogłuchłe, które znają na tyle dobrze gramatykę języka polskiego, że łatwiej im operować znakami nakładanymi na polską składnię. Bardziej organiczny jest polski język migowy, przekazywany sobie przez Głuchych z pokolenia na pokolenie. To także dużo bardziej przystępna i otwarta forma, pozwalająca w tłumaczeniu na oddanie treści komunikatu w pełniejszej formie. Ale w PJM nie chodzi jedynie o gesty dłoni, prawda? To także mimika twarzy… Oczywiście, mimika jest elementem gramatyki języka migowego. Czasem ludzie mnie pytają, czy ten ktoś, kto miga w telewizji, to tłumacz PJM czy SJM? Jeżeli ma poker face,to tłumaczy systemem, bo tam chodzi jedynie o przetłumaczenie słowa na znaki, po kolei, jak w zdaniu, często z równoczesnym fonicznym wypowiedzeniem tego zdania. Natomiast w polskim języku migowym bardzo ważne jest także oddanie emocjonalnej warstwy przekazu, pracuje się całym ciałem, nie tylko rękoma: są ruchy całego ciała, mimika twarzy. Istnieje też poezja migana, w której istotna jest na przykład płynność wykonywania znaków albo to, czy one są duże czy małe, ile wykona się powtórzeń, gdzie umiejscowi się znak. To wszystko można wykorzystywać w tłumaczeniu po to, żeby było bardziej adekwatne i po prostu ładniejsze. Wspomniałaś o kulturze Głuchych i o tym, że język migowy jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. Czy Głusi w Polsce są jakoś bardzo zintegrowani lub zrzeszeni? To jest bardzo podzielona grupa. Istnieje Polski Związek Głuchych, największa organizacja, posiadająca wiele ośrodków lokalnych, ale istnieje też wiele organizacji skierowanych wręcz przeciwko PZG. Ale wynika to z konfliktów geograficznych, ideowych, personalnych? Trudno dociec pierwotnej przyczyny wzajemnej niechęci. To bardzo niejednorodne środowisko, ponieważ istnieje bardzo dużo organizacji, które niekoniecznie ze sobą współpracują, często skupiają się wokół silnych liderów prezentujących różne wizje tego, co jest dla Głuchych dobre. Ale też każdy Głuchy jest zupełnie inny ze względu na swoją wadę słuchu – są Głusi zupełnie niesłyszący, są Słabosłyszący, którzy posiłkują się aparatami słuchowymi, są także ci zaimplantowani, którzy mogą odbierać jakieś dźwięki, natomiast nie działa to zawsze tak, jak oni sami by chcieli – na przykład słyszą tylko dźwięki o konkretnej częstotliwości, mimo implantu mają trudności z rozpoznawaniem mowy. Niektórzy Głusi wykluczają zaimplantowanych, ponieważ uważają, że to zdrada głuchoty. Kultura Głuchych opiera się na przynależności do wspólnoty: Głuchych, ale nie gorszych, po prostu innych. Wszyscy mają też własne, preferowane sposoby komunikacji: SJM, PJM, są także tacy, którzy musieli od dziecka jakoś funkcjonować w świecie słyszących i operują czytaniem z ruchu warg. Różnorodność środków komunikacji i stopień uszkodzenia słuchu, a co za tym idzie – różne potrzeby, wpływają na pewno na podzielenie tego środowiska. Wojtek Ziemilski chyba wspominał, że wielu Głuchych nie uważa się za osoby z niepełnosprawnościami. To z jednej strony, czasem czują się wręcz ze swojej odmienności dumni, bo mogą tworzyć i przekazywać własną kulturę, dla słyszących obcą i często niezrozumiałą, stanowiąc tym samym mniejszość kulturową. Z drugiej jednak strony – w języku migowym istnieje przynajmniej osiem wariantów (choć pewnie nie wszystkie są mi znane) znaku dla słowa „renta”, a to też o czymś świadczy – skoro nadano im pewne prawa, słusznie domagają się ich egzekwowania. Jaka jest według ciebie granica między formą komunikacji a językiem? Mówisz, że SJM to tylko sposób porozumiewania się, a PJM to język, dlaczego? SJM korzysta ze znaków języka migowego i gramatyki języka polskiego. Natomiast polski język migowy ma wciąż rozwijający się zasób znaków, własną gramatykę, mnóstwo klasyfikatorów, czyli takich znaków właściwie nieprzetłumaczalnych na język polski, które na przykład mogą oddać ruch jakiejś postaci, jej kształt. To język wizualno-przestrzenny, inny sposób myślenia. Ta zupełna odmienność gramatyki jest dla mnie podstawowa, oraz to, że korzystają z niego osoby, dla których jest to częstokroć pierwszy poznany język, które utożsamiają się ze sobą, tworzą mniejszość kulturową (są takie kraje, w których Głusi dążą do utworzenia mniejszości etnicznej czy językowej, stąd też preferowany przez wielu zapis Głusi wielką literą.). Chodzi także o pewne sposoby zachowania, gesty, które są niezrozumiałe dla słyszących i swoiste dla użytkowników tego języka. Na przykład, jeśli ktoś chce iść do toalety, to nie pokazuje znaku „toaleta”, ale znak, że „idzie zadzwonić”. Wiadomo, że Głuchy nie będzie dzwonił, ale to jest właśnie elegancka forma zakomunikowania, że chce się udać za potrzebą. I takie drobnostki tworzą kulturę Głuchych, która nie działałaby bez języka. A bez systemu językowo-migowego spokojnie dałaby sobie radę. Czy już od czasu pierwszej fascynacji, podczas prób do Parsifala, zwróciłaś uwagę na performatywno-teatralny charakter języka migowego? Tak, od początku wiedziałam, że chcę te dwa światy ze sobą pożenić. Oczywiście, z jednej strony chodzi o dostępność teatru dla Głuchych. Ale z drugiej strony to także wykorzystanie języka migowego jako instrumentu i użycie go jako formy sztuki. Jakieś cztery lata temu uczyłam migać lalkarzy z wrocławskiego PWST. I widok migającej lalki to było coś niezwykłego, bardzo pięknego, tworzącego swego rodzaju choreografię. Ale także poezję miganą tworzoną przez Głuchych można rozpatrywać jako formę sztuki. Nie chodzi tu po prostu o przetłumaczenie Szymborskiej czy Kochanowskiego na migowy – wiadomo, że niektóre z metafor czy rymów nie mogą zostać przełożone, ponieważ ten język działa na kompletnie innych zasadach. Swego rodzaju odpowiednikiem rymu jest podobieństwo układu dłoni, czyli na przykład są poezje, właściwie całe etiudy, opierające się na jednym kształcie, na przykład litery A. Czyli wszystko wytwarza się ze znaków, które można stworzyć z zaciśniętej pięści (bo to jest litera A). Jest poezja imienia – tworzy się etiudę w oparciu o kształty dłoni odpowiadające literom alfabetu. Gdybym chciała zrobić poezję imienia Agnieszka, to musiałabym opowiedzieć jakąś spójną historię, która zaczynałaby się od A, czyli kształtu zaciśniętej dłoni, potem kolejna litera – G – czyli strzelenie środkowym palcem opartym o kciuk, potem musiałabym logicznie i dramaturgicznie układać coś z literą N, czyli złączone palce wskazujący i środkowy. I tak dalej. To oczywiście jest najbardziej zrozumiałe dla użytkowników języka migowego, ale osoby nieznające języka mogą mieć przyjemność oglądania. Ta forma sztuki jest bardzo intuicyjna, ma mnóstwo elementów pantomimy właśnie przez to, że operuje się mimiką, ruchem ciała. Są jakieś slamy poetyckie? Jak się przechowuje taką poezję? Nagrywa się i wrzuca do internetu? Czy może to wszystko jest efemeryczne i znika? Slamy odbywają się, choć w Polsce nie jest to jeszcze tak popularne jak w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli chodzi o przechowywanie, to fajny projekt ma warszawski oddział Polskiego Związku Głuchych, który zrobił warsztaty z głuchym poetą Adamem Stoyanovem, który występował w Jednym geście 2 Wojtka Ziemilskiego i w Operze dla Głuchych 3, którą robił Wojtek Zrałek-Kossakowski. Adam jest niesamowity, to charakterystyczna postać polskiej poezji miganej. Na stronie PZG można zobaczyć bardzo wiele nagrań jego poezji. On w dodatku korzysta ze stosunkowo nieznanych w Polsce schematów poezji. Na przykład coś, co było wykorzystane w Jednym geście, czyli migowe przetłumaczenie filmu lub animacji. Wszystkie postaci oddaje znakami, klasyfikatorami – robi taką audiodeskrypcję, tylko w języku migowym. Dobra, to wróćmy do ciebie. Miałaś pomysł, nauczyłaś się języka i co? Jak wyglądało łączenie języka migowego z teatrem w praktyce? Zaczęło się od tego, że w ramach festiwalu Nowa Siła Kuratorska, który tworzyliśmy na studiach, chciałam pokazać, że dostępność jest naprawdę kluczowa i że nawet podczas festiwalu studenckiego powinno się o tym pamiętać i otworzyć wydarzenia dla osób z różnymi niepełnosprawnościami. W ramach naszego projektu „Mijanie” zaprosiłyśmy (razem z Joanną Żabnicką i Joanną Grześkowiak, które były jego współkuratorkami) spektakl Janka Turkowskiego Margarete 4 i postanowiłam go przetłumaczyć na język migowy. To było moje pierwsze doświadczenie tłumaczenia spektaklu. Niestety, wtedy nie spotkało się to z zainteresowaniem ze strony Głuchych. Przetłumaczyłam spektakl raczej dla siebie, bo nikt z Głuchych się nie pojawił. Ale jestem zdania, że nawet jeśli nikt Głuchy się nie pojawia, to i tak warto spektakl tłumaczyć – dla zwiększenia świadomości słyszących. Teraz mam na koncie raptem kilkanaście tłumaczeń, bo praca inspicjentki nieszczególnie koresponduje z możliwością tłumaczenia spektaklu. Środowisko tłumaczy jest dosyć małe i wiem, kto ma jakie możliwości, w jakiego typu tłumaczeniach najlepiej się odnajduje. Sugeruję różnym organizacjom zajmującym się takimi wydarzeniami, kto dobrze by coś przełożył. Staram się też napędzać same tłumaczenia, bo sytuacja teraz wygląda tak, że w Teatrze Polskim w Poznaniu raz na kilka miesięcy gramy spektakl z tłumaczeniem na migowy. Fajnie, że w ogóle to się dzieje, ale ideałem dostępności byłoby, gdyby Głuchy mógł po prostu wybrać spektakl, na jaki chce przyjść. I gdyby te spektakle były opracowane do tłumaczenia zawczasu. Gdybyśmy wiedzieli, że na przykład Głuchy kupuje bilet na taki i taki spektakl, takiego i takiego dnia, to teatr wtedy, na ten konkretny dzień, organizuje tłumacza. Ale to dosyć utopijna wizja. Tłumaczy jest mało, a instytucje chyba nie mogą sobie pozwolić na zatrudnienie osoby, która zajmowałaby się tylko tłumaczeniem. Problem chyba pojawia się już w momencie kupowania przez Głuchego biletu w kasie… W zeszłym roku zrobiłam przeszkolenie języka migowego dla pracowników naszego teatru, ale tak to już jest w instytucji, że ludzie się zmieniają – chciałabym w tym roku powtórzyć taki warsztat dla nowych pracowników. Ale niektórzy pracownicy Teatru Polskiego potrafią przywitać się, zaprosić Głuchych do szatni, poprosić o bilet. I wiem, że Głuchym jest bardzo miło, kiedy taka interakcja następuje. Wspomniałaś o tym, że trudno do Głuchych dotrzeć. Zwykła promocja tego nie załatwi, trzeba nawiązywać kontakt ze środowiskiem? To jest dużo bardziej skomplikowane, dlatego że Głusi to nadal dosyć nieufna grupa. Jeżeli ktoś przychodzi do nich z zewnątrz, nawet z jakąś ciekawą ofertą, to są raczej zachowawczy. Najczęściej z takich rzeczy korzystają ludzie związani z danym tłumaczem lub – w przypadku niewidomych – z audiodeskryptorem. Wydaje mi się, że po tych już kilkudziesięciu spektaklach tłumaczonych na język migowy lub z audiodeskrypcją, zaczynamy w Teatrze Polskim wyrabiać sobie stałą grupę widzów. Natomiast najtrudniejsze w instytucji są zawsze te pierwsze spektakle. Kiedy nie przychodzi na nie nikt albo tylko jeden Głuchy, instytucji wydaje się, że takie działania są zupełnie niepotrzebne i nieopłacalne. A to jest tak, że Głusi muszą się do tego przekonać, przyzwyczaić się, rozpoznać, że to może być dla nich interesujące. Ostatnio, trochę przez przypadek, udało mi się coś ciekawego i chciałabym zrobić z tego stałą praktykę. Przy okazji tłumaczenia spektaklu O mężnym Pietrku i sierotce Marysi 5 Wiktora Rubina, dzień wcześniej, wzięłam podopiecznych z Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym na wycieczkę po teatrze i znaleźliśmy się na scenie, w scenografii do tego spektaklu. Zrobiłam krótkie warsztaty: niewidomi mogli dotykać rekwizytów, przejść się po przestrzeni, ja tworzyłam szybką audiodeskrypcję opisującą to, co się znajduje na scenie, opowiedziałam o założeniach spektaklu. Dobrze jest widzów niewidomych lub niesłyszących wcześniej wprowadzić w ten świat, żeby mieli poczucie bezpieczeństwa, przygotowali się na specyfikę teatralnego języka. A jak to działa z tłumaczeniami? Chcesz przetłumaczyć spektakl – i co robisz? Opracowanie tłumaczenia to jest naprawdę żmudny proces. To, co widać na scenie, jest raptem zwieńczeniem długiego okresu przygotowań (zarówno w przypadku tłumaczenia na język migowy, jak i audiodeskrypcji). W krajach bardziej rozwiniętych pod względem tłumaczeń teatralnych – w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych – tłumacze przychodzą przez tydzień na próby, oglądają pięć różnych przebiegów, nagrania, dostosowują tempo tłumaczenia do inscenizacji, a w czasie spektaklu – migając w tandemie – zmieniają się co dwadzieścia minut. Albo każdy z nich odpowiada za ileś tam postaci tak, żeby mogli ze sobą dialogować. Tłumaczenie na język migowy jest bardzo wyczerpujące i dwadzieścia minut to właśnie najbardziej efektywny czas pracy tłumacza. Teoretycznie, przy tłumaczeniach dłuższych niż godzina, powinna być zapewniona dwójka tłumaczy. W praktyce, w Polsce zdarza się to bardzo rzadko. Inną opcją są także tłumaczenia cieniowe, takie jak w Parsifalu, natomiast jako inspicjentka jestem także strażniczką spektaklu i wiem, że czasem jest to absolutnie nie do zrealizowania, bo po prostu zepsułoby warstwę inscenizacyjną. Choć zdarzyło mi się być poproszoną o włożenie kostiumu i wkomponowanie się w scenografię – w ten sposób tłumaczenie stało się równoprawnym elementem spektaklu. Jednak – jakąkolwiek formę by się wybrało – język migowy w teatrze, tłumaczenia spektakli nie powinny nikogo dziwić. Należy dążyć do tego, by było to jak najbardziej powszechne i profesjonalne. I nie powinno rozwiązywać się tego tylko za pomocą puszczenia napisów. Wiadomo, lepsze napisy niż nic. Ale nie wszyscy Głusi na tyle sprawnie posługują się językiem polskim, żeby móc zrozumieć wszystkie słowa lub szybko przenieść szyk zdania na znaną sobie konstrukcję języka migowego. Oczywiście, zależy to od osoby, nie można tego uogólniać – jest wielu Głuchych fantastycznie posługujących się polskim, którzy czytają mnóstwo książek i z napisami nie mają problemu. Natomiast jeżeli już w teatrze przygotowujemy napisy, to warto pamiętać o tym, by zaznaczyć, która postać mówi, jeśli nie jest to oczywiste, czy żeby oddać także sferę dźwiękową spektaklu. Podkreślić istotne dla fabuły dźwięki – krzyk czy strzał w kulisach, nie tylko napisać „[muzyka]”, ale dookreślić, że to muzyka na przykład melancholijna lub radosna, ma szybkie lub wolne tempo… Język migowy jest jednak lepszy, ponieważ jest bliższy większości Głuchych. Bardzo często to także ich pierwszy język, polski jest na ogół językiem obcym. Dlatego łatwiej przyswoić komunikat w języku migowym niż czytać i próbować przekładać to sobie w głowie, i jeszcze nadążać za tym, co się dzieje na scenie. No i pozwala reagować na żywo, na przykład w wypadku improwizowanej sceny. Nie da się pewnie uniknąć „efektu ping-ponga”, czyli biegania wzrokiem od napisów/tłumacza do sceny, ale gdy sama tłumaczę, to w ważnych dla inscenizacji momentach kieruję ciało i wzrok w stronę tego, co się dzieje na scenie, żeby zasugerować, że teraz istotniejsze rzeczy dzieją się w warstwie wizualnej. Rozmawiałaś z Głuchymi po tłumaczonym spektaklu? Jakie mieli reakcje, czy to było ich pierwsze zetknięcie z teatrem? Akurat w Poznaniu tłumaczenia są już od kilku lat, od 2010 roku (z inicjatywy Oli Marzec-Hubki) – nieregularnie, ale przynajmniej podopieczni ze stowarzyszenia, w którym działam, są na większości spektakli z tłumaczeniem i audiodeskrypcją. I mam wrażenie, że oni z każdym spektaklem coraz lepiej poznają język teatru. Kiedy rozmawiam z nimi, to najczęściej padają komentarze dotyczące tłumaczenia. Ale najbardziej cieszą mnie momenty, kiedy komentują sam spektakl lub przed wspólnym wyjściem pytają mnie, o czym to będzie lub jak się przy tym pracowało. Ich to autentycznie ciekawi. Ostatnia sytuacja z tymi niespodziewanymi warsztatami dała mi do myślenia, że każdy dostępny spektakl powinien być poprzedzony solidnie przygotowanym warsztatem, a potem zakończony wspólną dyskusją. Jeśli z udziałem twórców, to tym lepiej, ale przede wszystkim z samymi Głuchymi, żeby nie tylko poznać ich opinię na temat spektaklu, ale od samych zainteresowanych dowiedzieć się, co można zrobić lepiej lub na przykład, jakie tytuły chcieliby mieć przetłumaczone. Bo, mam wrażenie, odbywa się to nieco przypadkowo. Zgłasza się do teatru jakaś fundacja – w Poznaniu prężnie działają Mili Ludzie, w Polsce najbardziej znana jest Fundacja Kultury Bez Barier – i ma ona jakieś deadline’y na wydatkowanie pieniędzy. Wtedy sprawdza się, co akurat jest grane w repertuarze. Byłoby super, gdyby Głusi i niewidomi mogli dowiedzieć się, o czym są dane spektakle, jaką mają formę, i wybrać, na co chcą przyjść. Pamiętam dyskusję, w której uczestniczyłaś, po pokazie Jednego gestu Wojtka Ziemilskiego w Poznaniu. W pewnym momencie Głusi zaczęli rozmawiać między sobą, zaczęły toczyć się dwie symultaniczne dyskusje. Jak wyglądał twój udział w tworzeniu tego spektaklu i jak zareagowali na niego Głusi? Zacznę od końca – myślę, że to spektakl bardzo ważny dla słyszących, bo jest ciekawy poznawczo. Głusi chyba nie dowiedzieli się niczego nowego, może poza wciąż mało rozpropagowaną w Polsce poezją migową, ale bardzo się cieszyli, że jest coś o nich z ich udziałem. To ważne: nic o nas bez nas. Natomiast moja przygoda z tym spektaklem zaczęła się wtedy, gdy Wojtek Ziemilski robił w Poznaniu Pigmaliona 6. Zaczął wtedy interesować się językiem migowym i wrzucił na Facebooka kadr ze słownika języka migowego gestuno – międzynarodowego języka migowego. Takiego esperanto? Tak, takiego migowego esperanto, które jednak nie jest do końca językiem, bo bazuje na języku angielskim w komunikacji. Gdy coś literujesz, to używasz międzynarodowego alfabetu zaczerpniętego z International Sign – on wyrasta z gestuno, ale jest bardziej współczesną wersją. Skomentowałam zdjęcie Wojtka, napisałam, że świetnie, że ktoś z pola sztuki interesuje się gestuno. A Wojtek napisał, że chyba musimy się spotkać i pogadać, bo sądził, że nie ma wśród znajomych takiej osoby, która rozpoznałaby to, co on wrzucił. Wtedy opowiedziałam mu o swojej przygodzie z kulturą Głuchych, poleciłam mu mnóstwo lektur i filmów. Wiedziałam już, że interesuje się tym bardzo poważnie, dlatego poradziłam mu, by dał sobie czas na zgłębienie tego zagadnienia i zajął się językiem migowym nie w Pigmalionie, a w osobnym projekcie, bo to jest temat-rzeka i nie ma sensu tego mieszać. Jakiś czas później Wojtek powiedział, że nie wyobraża sobie tego projektu beze mnie. Bardzo się ucieszyłam, od dawna ceniłam jego prace, a tworzenie wspólnie czegoś o języku migowym to już w ogóle było spełnienie marzeń. W warszawskim Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Słabosłyszących przygotowaliśmy wspólnie z Wojtkiem Pustołą projekt, który roboczo nazywał się Język polski. Chcieliśmy odkryć, czym dla uczestników jest polski język. To była akurat szkoła, która nieszczególnie kładzie nacisk na kulturę Głuchych, na to, żeby dzieciaki mogły się rozwijać w języku migowym, z jednej strony zmuszając ich do funkcjonowania jak słyszący, a z drugiej – podcinając skrzydła, nieustannie między słowami pokazując tym młodym, że nie mają takich samych możliwości jak słyszący. Kiedy tam przyjechałam, dyrektorka szkoły powiedziała mi, że tłumaczka właściwie nie jest potrzebna, bo podopieczni dają sobie radę w komunikacji werbalnej. Zasugerowałam, że skoro specjalnie przyjechałam z Poznania, to chciałabym się spotkać z grupą i jeśli chociaż jedna osoba będzie potrzebować tłumaczenia, to zostanę. Zgłosiła się jedna osoba z dwunastoosobowej klasy. Ale potem zobaczyłam, że więcej dzieciaków się we mnie wpatruje. To, że czytają z ruchu warg, że są zaimplantowani, że starają się funkcjonować w rycie słyszących to jedna sprawa. Ale wprowadzenie tłumacza języka migowego także ułatwia komunikację. Z tej dwunastki do dalszej współpracy zgłosiło się sześć osób, a spektakl ostatecznie tworzyły cztery. Powstała Fabryka pięknych gestów 7, najpierw pokazaliśmy to w Centrum Sztuki XS, a potem na otwarciu Nowego Teatru w Warszawie. To były takie wprawki Wojtka w poruszaniu się po świecie niesłyszących. Równolegle przygotowywaliśmy wniosek o dofinansowanie projektu, który miałby na celu pokazanie różnorodności języków migowych – miał się nazywać Gestuno. Ostatecznie na bazie tej koncepcji powstał Jeden gest, który bardzo mocno czerpie z naszych rozmów, lektur, ale też późniejszych doświadczeń Wojtka, rozmów i spotkań z Głuchymi oraz tłumaczami, przede wszystkim – z tego, co wnieśli zaproszeni do spektaklu performerzy z warszawskiego oddziału Polskiego Związku Głuchych. Ja w tym projekcie na etapie realizacji uczestniczyłam przez kilka dni prób. Pracowałam już wtedy na etacie w Polskim w Poznaniu, więc nie mogłam być tłumaczką stale współpracującą, wiedziałam też, że na pewno lepiej dogadają się z tłumaczem, którego dobrze znają. Natomiast zdążyłam jeszcze pomóc w opracowaniu wniosku o dofinansowanie prezentacji spektaklu na międzynarodowych festiwalach. Świetnie, że ten spektakl pokazywany był za granicą, w krajach gdzie świadomość kultury Głuchych jest większa lub mniejsza. Aktorzy mieli każdorazowo możliwość poznania sytuacji tamtejszych Głuchych, czasem mi później o tych doświadczeniach opowiadali. W Polsce jego przyjęcie było bardzo dobre, głównie ze strony słyszących, dla których często było to pierwsze zetknięcie z tym światem. To także spektakl, który obala różne mity na temat tego środowiska. Coś podobnego próbował stworzyć także Adam Ziajski w spektaklu Nie mów nikomu 8, w którym biorą udział głównie osoby związane z Polskim Związkiem Głuchych, jest także dwójka naszych podopiecznych z Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym. Osoby z PZG mocno jednak naciskały na to, żeby formą komunikacji tego spektaklu był SJM, a nie PJM. Więc ten spektakl nie opowiada o komunikacji Głuchych tak kompleksowo jak projekt Ziemilskiego, gdzie poza polskim językiem migowym są także pokazane inne języki migowe, a jeden z bohaterów, Paweł, posługuje się systemem. U Ziajskiego forma komunikacji jest ograniczona do jednego, odgórnie wybranego, sposobu. A jak trafiłaś do Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym? Na kursie wykładowców języka migowego poznałam dziewczynę, która jest wolontariuszką, tłumaczką i przewodniczką w lubuskiej jednostce tej organizacji. Zapraszała mnie wielokrotnie na koncerty muzyki terapeutycznej organizowane przez nich w Międzyrzeczu i dopiero za trzecim razem udało mi się przyjechać. To było niesamowite doświadczenie. Hasło „Głuchoniewidomy” sugeruje osobę, która zupełnie nic nie widzi i zupełnie nic nie słyszy, natomiast w praktyce to są osoby, które mają znaczne uszkodzenie tych zmysłów, ale to mogą być ludzie, którzy na przykład zupełnie nic nie widzą i są słabosłyszące, albo są Głuche i słabowidzące. To równoczesne uszkodzenie zmysłów sprawia, że mają inne postrzeganie świata, inne problemy, niż tylko Głusi albo tylko niewidomi. W Międzyrzeczu uczestnicy wzięli intrumenty-przeszkadzajki, duże misy tybetańskie, tarki, instrumenty działające wibracyjnie lub o charakterystycznym kształcie i sposobie wydobywania dźwięku. I dali, razem z dyrygentką, piękny koncert. Nie dlatego, że były to jakieś świetne harmonie czy fantastyczne brzmienia. Chodziło o doświadczenie i radość z odkrywania nowych faktur, odczuwania wibracji. Podczas tego koncertu poznałam dziewczynę z warszawskiej centrali Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym, która powiedziała, że to niesamowite, że przyjechałam do Międzyrzecza, skoro w Poznaniu jest jednostka TPG. I jak już przyszłam na pierwsze spotkanie, to przyjęto mnie jak starą znajomą, oczywiście zostałam. Okazało się, że można pogodzić dwa światy: skoro pracuję w teatrze, to mogę Głuchoniewidomym ten teatr przybliżyć. A sami Głuchoniewidomi bardzo chętnie zareagowali na różne propozycje warsztatów. Właśnie skończyliśmy warsztaty ruchowe z Januszem Orlikiem, gdzie uczyli się odkrywać swoje ciało, pracować z różnymi jakościami ruchu i było to dla nich fajne doświadczenie. Dla mnie, jako tłumaczki, także. Mieliśmy na zajęciach osoby zupełnie niewidome i zupełnie głuche, więc trudno było wszystkim pokazać, o co chodzi w danym ćwiczeniu. Czasem musieliśmy pozwalać im się nawzajem dotykać, żeby poczuli, jak się ciało w danym momencie przemieszcza, jaki to jest rodzaj ruchu. Sugerowaliśmy, by eksperymentowali z własnymi sposobami ekspresji. Szukaliśmy w języku migowym znaków do przetłumaczenia niektórych określeń związanych z tańcem. Było to bardzo trudne, ale wszystkim sprawiło ogromną satysfakcję. A jak wygląda tłumaczenie spektakli dla tej grupy odbiorców? Walczę o to, by na dostępnych spektaklach było równocześnie tłumaczenie na migowy i audiodeskrypcja, bo mam podopiecznych, którzy korzystają z tego lub z tego, a organizacyjnie łatwiej jest pójść wspólnie na ten sam spektakl. To jest oczywiście logistyczne wyzwanie dla teatru. Ale myślę, że skoro już raz opracuje się skrypt tłumaczenia spektaklu, to powinno się takie wydarzenia powtarzać. Na razie u nas tylko Drugi spektakl 9 był dwukrotnie tłumaczony na język migowy, w większości przypadków dostępne spektakle są jednorazowe. Teatrowi to się nie opłaca i istnieje błędne przekonanie, że skoro raz się coś odbyło, to na pewno wszyscy zainteresowani już przyszli. To tak nie działa. Bardzo się cieszę, że nasza ostatnia produkcja 27 grudnia 10 już premierowy pokaz miała z tłumaczeniem na język migowy i audiodeksrypcją, w planach są kolejne dostępne pokazy – właśnie dzięki współpracy z Fundacją Mili Ludzie. Gdy wychodzicie z podopiecznymi, to dostajecie zniżki na bilety? To zależy od tego, czy spektakl dostępny organizowany jest we współpracy z jakąś fundacją, która za pieniądze na przykład z ministerstwa ma pulę bezpłatnych wejściówek. To jest z jednej strony fajne, bo umożliwia uczestnictwo, natomiast z drugiej strony przyzwyczaja do sytuacji, w której teatr jest zawsze bezpłatny. A tak przecież nie jest. Wydaje mi się, że jeśli dążymy do sytuacji, w której Głusi czy niewidomi mogliby sobie wybrać spektakl, na który chcą iść, tak jak pełnosprawni widzowie, to powinni, tak jak pełnosprawni widzowie, płacić za bilet. Mogą mieć, naturalnie, ulgową taryfę, to nawet wskazane, natomiast jeśli uczestnictwo w kulturze wiąże się z tym, że za bilety płacić trzeba, to wyrazem równości byłyby w jakimś stopniu płatne bilety także dla nich. Z takiego założenia wychodzi Fundacja Kultury Bez Barier, która tworzy pulę wejściówek w ulgowej cenie na wydarzenia, które przygotowują. Widzowie otrzymują w zamian zawsze bardzo kompleksowe i profesjonalne udostępnienie spektaklu: jest tłumaczenie na język migowy, często równocześnie napisy, audiodeskrypcja i pomoc w obsłudze jej odbiornika. Jesteś wolontariuszką w wielkopolskiej jednostce Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym. Dostajesz jakiekolwiek pieniądze za swoją pracę? Zdarza mi się dostawać wynagrodzenie za tłumaczenie na język migowy, bo realizujemy projekty, w których dzięki wsparciu z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych są przeznaczone symboliczne pieniądze dla tłumaczy języka migowego czy tłumaczyprzewodników. W tej chwili, w jednostce, jest nas – certyfikowanych tłumaczy – dwójka, więc chcąc nie chcąc wyrabiamy sporą pulę godzin. A ile czasu zajmuje ci ta praca? Spotkania mamy zazwyczaj w soboty od dziesiątej do czternastej, ale to jest dosyć mobilny termin, bo jeżeli coś interesującego dzieje się w innych godzinach, to spotykamy się później. Ale sobota i te godziny są zarezerwowane dla osób dojeżdżających spoza Poznania. Jesteśmy wielkopolską jednostką, więc zrzeszamy osoby z całego województwa, które muszą tutaj dojechać, a potem wrócić. Często uczestniczymy w wydarzeniach, które dzieją się w ciągu tygodnia: różne spektakle, pokazy filmów z audiodeskrypcją lub tłumaczeniem na migowy. Sami także – już w pełni wolontariacko – organizujemy różne wydarzenia, otwarte dla wszystkich – na przykład warsztaty języka migowego czy SKOGN – sposobów komunikowania się osób głuchoniewidomych, by ludzie mogli poznać nas i to, jak działamy. Trudno powiedzieć, ile zajmuje mi to czasu godzinowo. Wiadomo, że jak jestem w próbach w teatrze, to wpadam do jednostki tylko czasem, żeby na przykład pomóc posprzątać po spotkaniu czy odprowadzić kogoś na pociąg. Albo ogarniam dużo rzeczy zdalnie – robię audiodeskrypcję do zdjęć lub zajmuję się promocją, wyszukuję granty, z których możemy dodatkowo skorzystać. Natomiast, kiedy nie jestem w próbach, to zdarza się nawet czterdzieści godzin tygodniowo, jeżeli pracuję nad jakimś projektem. Na przykład co roku organizujemy Międzynarodowy Tydzień Wiedzy o Osobach Głuchoniewidomych i zawsze staram się z tej okazji przygotować jakieś ciekawe wydarzenie, pozyskać na to fundusze, wypromować, dotrzeć do osób, które nas jeszcze nie znają, przeprowadzić to wydarzenie, udokumentować, rozliczyć i ewaluować… Wtedy to jest tak naprawdę drugi etat. Niekoniecznie płatny. Myślisz, że polski teatr się otwiera na Głuchych i Głuchoniewidomych? Myślę, że tak, bo jest coraz więcej teatrów, które proponują dostępne spektakle. Spójrzmy lokalnie: w Poznaniu dostępne spektakle organizowane są od 2010 roku, w Kaliszu od dwóch lat, od niedawna także w Gnieźnie. Dobrze to funkcjonuje także w Trójmieście. Oczywiście, najbardziej rozwinięta jest Warszawa, gdzie kilkanaście teatrów już regularnie wprowadza udogodnienia dostępnościowe. Natomiast nie wszyscy wiedzą jeszcze, z czym to się je. Chcą dobrze, ale nie zawsze tak wychodzi. Na przykład instytucje kupują sprzęt do audiodeskrypcji. To nie są tanie przyjemności i żeby trochę zaoszczędzić, kupują sprzęt gorszej jakości, który po czterdziestu minutach się rozładowuje. A spektakl trwa na przykład trzy godziny. I co wtedy? Podmienić sprzęt, zrobić przerwę na doładowanie? Zdarzają się też sytuacje, gdy zapomina się oświetlić tłumacza języka migowego. Świetnie, że jest potrzeba tworzenia dostępnego teatru. Najczęściej nie wychodzi ona jednak z samych instytucji kultury, ale raczej z organizacji pozarządowych, które do teatrów się zgłaszają. One mają odpowiedni sprzęt, tłumaczy, audiodeskryptorów i tak naprawdę wymagają od teatru tylko tego, żeby zgodzili się współpracować. Natomiast nadal nie wszyscy dyrektorzy są do tego pozytywnie nastawieni, choć często nie wymaga to od nich żadnej dodatkowej inwestycji czy poświęcenia. Ale wychodzą z założenia, że dla takich osób, pewnie nielicznego grona, nie warto się starać. Szkoda. Rozmawiał Stanisław Godlewski .